wtorek, 30 września 2014

Rozdział 14

Tessa nie wypuszcza małej z objęć. Przez całą drogę do domu nie rozpłakała się. Puściły jej nerwy dopiero na widok ojca.
Stoję pod ścianą zmęczony, ale szczęśliwy. Nie przespałem ani jednej nocy od jej porwania i strasznie mi ulżyło gdy ją znalazłem w tych starych magazynach. Louis, Niall i Zayn zajęli się zabijaniem. Ja po prostu zabrałem ją do bezpiecznego domu.
W końcu brunetka odsuwa się. Podchodzi do mnie przecierając oczy i przytula się oplatając moją talie.
- Dziękuje..
Obejmuję ją delikatnie i wzdycham. Już wszystko w porządku Harry. Nic jej nie jest, widzisz? Widzę debilu. Ej! Jestem tobą. Tak, ale tą głupszą stroną.
- Przepraszam - mówię cicho .
Widzę jak Ian posyła mi wdzięczne i teraz już pełne zaufania spojrzenie.
Na tym też mi zależało. Naprawdę w moich zamiarach nie leży skrzywdzenie tej małej osóbki. Całuję ją we włosy. Czuję jak koszula na plecach mnie się pod jej palcami. Podnoszę jej chude ciało i wchodzę po schodach na górę. Ona musi odpocząć. Gdy kładę ja na łóżko ma już zamknięte oczy i chyba prawie zasnęła.
Zapalam lampkę, która daje półmrok na pokój. Okrywam dziewczynę beżową narzutą i po chwili już mam pewność, że odpłynęła w krainę snu.
Śpi całkiem spokojnie jak na to co ostatnio przeżyła. Nie znałem porywaczy. To byli wrogowie Iana. Zwykła zazdrość. Zamykam oczy spadając w fotelu i sam zasypiam.
Telefon wibrujący na szafce, wybudza mnie ze snu. Jęczę wstając. Odbieram i w tym samym czasie widzę jak dziewczyna na łóżku siada przecierając twarz.
- Jak ona się czuje? - skąd ten pajac ma mój numer?
- Harry..
- Dobrze się czuje. Sam jej zapytaj - mruczę i podaję jej komórkę.
Patrzy na mnie pytająco ale bierze telefon.
- Halo? Tak, tak już. Nie mów tak, to nie prawda. - rozmawia z nim jakiś czas i rozłącza się.
- Przepraszam - powtarzam jeszcze raz. Biorę jej dłoń i jeżdżę palcami po jej wierzchu. - Wiem, że Cię zawiodłem i naprawdę...Mam wyrzuty sumienia - wypuszczam powietrze z ust.
- Ty? Dlaczego?
- Bo gwarantowałem ci bezpieczeństwo.
- Jest okay. Na prawdę.
- Chodź tu - rozkładam ramiona.
Muszę poczuć jej ciepło i wtedy uwierzę, że wszystko jest dobrze.
- Nie - kręci głową.
- Proszę...- szepczę. - Nie zrobię ci krzywdy. Oni też już cię nie skrzywdzą.
- Nie. Ty chodź tu.
Uśmiecham się lekko i kucam przed jej nogami. Przytulam ją.Oplata moją szyję rękoma klęcząc na przeciwko mnie. Zamykam oczy, wtulając twarz w jej szyję. Jest tutaj i nic jej nie grozi. Przez te cholerne cztery dni brakowało mi jej jak powietrza. Nie wiem dlaczego. Czuję się przywiązany do tej dziewczyny. Nie jestem troskliwy czy kochający...To znaczy nie byłem od kiedy nie zobaczyłem jej w sukni na bankiecie. Od tam tego momentu wszystko się zmieniło. Poczułem, że muszę zacząć się starać. Że nie mogę żyć dla samych pieniędzy i dziwek w burdelach. To nie jest to co chcę w życiu osiągnąć. A moim powodem do zmiany została Antonietta...
~*~
Od następnego tygodnia wszystko wraca do normy. Dziewczyna chodzi do szkoły. Nie opuszcza zajęć. Ja kontroluję wszystko. Nie pozwolę, aby sytuacja mogła się powtórzyć. Ian ma do mnie pełne zaufania. Myślę, że ja muszę zdobyć je do samego siebie.
Zmieniam swoje plany, aby odbierać ją ze szkoły. Czuwam nad nią jak mogę. Widzę jak wychodzi ze szkoły. Ubrana w mundurek. Wygląda jak zawsze grzecznie i skromnie. Ruszam w jej stronę. Już czuję wzrok dziewczyn na sobie. Nie obchodzi mnie to. Gdy brunetka mnie dostrzega od razu zaczyna błagać wzrokiem.
Uśmiecham się niewinnie i staję w miejscu. Czekam, aż podejdzie. Posyłam mi wdzięczny uśmiech i idzie w moją stronę. Wymija mnie zgrabnie i swoim jak dla mnie zawsze wdzięcznym krokiem zmierza do auta.
- Moja - mówię pod nosem i zamykam za nią drzwi.
Obchodzę samochód i też zajmuję miejsce. Mam dzisiaj plany na tę pogodną środę.
- Jak dzień?- pyta.
- Męczący jak twoi pracownicy to osły - mruczę. - Wszystko dobrze w szkole?
- Może być.
- Co z przedstawieniem? - zmieniam bieg i wyciągam w jej stronę rękę.
- Jeszcze nie wiadomo..
- Porywam cię na małą wycieczkę. Spokojnie - widzę jej minę i śmieję się. - Dzisiaj wrócimy. Mam pracę.
- Daleko?
Kręcę głową. Nie daleko, ale nie powiem jej gdzie. Włączam radio i jadę spokojnie drogą krajową, wyjeżdżając z Londynu.
Dziewczyna przechyla się i sięga do tyłu po torbę z której wyciąga gumę do żucia. Mam dla niej prezent, ale dam go później.
- Chcesz? - pyta.
- Nie, dzięki.
- Nie lubisz gumy?
- Nie, po prostu mam w buzi - śmieję się.
- To ją wypluj i weź ode mnie.
Otwieram okno i wyrzucam gumę. Biorę od niej, żeby była zadowolona.
- Jest dobra, nie pożałujesz. - mówi jakbym właśnie podjął ważną decyzje.
- Yhym, świetna jest skarbie.
- Wiem przecież, tez mam. - pokazuje mi biorąc ja między zęby.
Całuję ją w policzek. Jest lepiej. Nie przechodzi żadnej traumy. Między nami chyba też jest dobrze...Jadę M1 nad Neasden. W końcu docieramy do Welsh Harp. Brunetka patrzy na mnie pytająco.
- Jezioro - puszczam jej oczko i parkuję auto. 
- Nie będziemy się kąpać prawda?
- Jest zimno Tonnie. Za zimno na kąpiel - odpowiadam i wysiadam.
Pomagam jej zeskoczyć z terenówki. Otwieram bagażnik, aby wyjąć koc i rzeczy, które przygotowała Tessa. Zaczynam ją lubić.
- Na aucie.
- Chcesz mieć piknik na masce auta?
- Myślisz że się wgniecie?
- Myślę, że będzie ci cholernie nie wygodnie - odpowiadam i biorę ją za rękę. 
Dzisiaj nikogo tu nie ma, ale w weekendy jezioro jest bardzo oblegane. Idzie za mną obrażona. Rozkładamy koc i na nim siadamy. Patrzę na jej profil, gdy zacięcie wpatruje się w wodę. Widać, ze udaje ale jest taka ładna gdy się złości. Seksowna. Trącam jej policzek nosem i obejmuję ramieniem talię dziewczyny. 
- Idź sobie - odpycha mnie tak, że prawie ląduje na plecach.
Ciągnę ją za sobą. Uśmiecham się i zaczynam ją łaskotać.
- Nie! To nie! - błaga.
Ląduję pode mną. To mi się bardzo podoba.
- Harry!
- Wiem, że masz wszystko czego tylko chcesz - zaczynam.
- Co? - pyta zdezorientowana.
- Więc nie wiedziałem co mogę ci dać, abyś nie była znudzona. 
- O czym ty mówisz? - fuka, pospieszając mnie do odpowiedzi.
- O prezencie - zawieszam na jej szyi taki sam krzyżyk jak ja mam.
- Z jakiej okazji? - pyta zdziwiona.
Prawdziwe zaskoczenie maluje się na jej twarzy. Pewnie jestem ostatnią osobą, która mogłaby dać jej cokolwiek. 
- Z żadnej skarbie - Opieram się na ręce, patrząc na nią.
- Dziękuje - obraca go w palcach i opuszcza na dekolt. 
Uśmiecham się. Liczyłem na to, że wrzuci go do jeziora. Bardzo miłą niespodzianka. Moja ślicznotka leży na kocu, a ja czytam to czego ma się nauczyć. 
- Myślisz że to możliwe kochać kogoś tak bardzo? - pyta, przerywając mi.
- Jak Romeo Julię? - unoszę brew i patrzę na nią z nad tekstu.
- Jak Julia Romea.
- Wydaję mi się, że to była dziwna miłość. Myślę, że można kochać kogoś tak bardzo jak woda ogień, bo bez siebie nie byłyby nic warte. Jak dzień kocha noc, bo gdyby nie było noc nie byłoby też dnia. Jak słońce księżyc. Jak deszcz suszę. 
Chyba myśli nad tym bo nie odzywa się tylko patrzy w niebo. Pozwalam jej na analizowanie tego co powiedziałem i wracam do lektury. Nigdy nie lubiłem Szekspira. Robił takie dramaty, które w ogóle nie miały sensu. 
- Chmury się zbierają... - słyszę. 
Patrzę w górę i widzę, że niebo trochę ciemnieje. Uśmiecham się łobuzersko i odkładam książkę. Zwisam nad Tonnie.
- To co Julio? - dotykam ustami jej ust. - Życie jest po to, aby ryzykować.
- Czy będziemy chorzy czy nie? - pyta uśmiechając się lekko.
Jak taka istotka może być tak słodka? Czasem jestem zły, że na nią krzyczałem, ale trudno mi trzymać nerwy na wodzy. Niestety. Szybko się denerwuję. 
- Nie będziemy chorzy. Ja tam bym cię chciał całować podczas deszczu. 
- Ale nie pada - podsuwa się trochę by dzieliła nas większa odległość.
Dobrze zauważa. Uśmiecham się i muskam ustami jej obojczyk, a potem podnoszę się.
- Wracamy?
- Nie. Uczymy się roli - odpowiadam.
- z tobą nie - kręci głową.
- Nie mamy czasu. 
- Nie - mówi twardo.
- Może nie jestem Ashtonem, ale chcę ci pomóc.
- Uuu.. - obraca się na brzuch i ledwo powstrzymuje śmiech.
Łapię ją za biodra i podnoszę do góry. Obracam dziewczynę i przechylam na rękę.
- Nie, puść.. - piszczy.
- Chcesz czy nie ten piknik będzie udany - całuję ją w brodę i stawiam do pionu.
- Przecież nic nie mówię..
Sadzam ją na pupie i uczymy się jej roli. Ma zapewnione, że będę siedział w pierwszym rzędzie.
- Aaaaa! - powtarzamy kwestie. Po jakiejś godzinie dziewczyna krzyczy gdy w jednej sekundzie spada ściana deszczu.
Zaczynam się głośno śmiać i przyciągam ją do siebie. Przerzucam przez ramię i biorę to co da się uratować. Idziemy do samochodu. 
- Nic nie widać - mówi brunetka gdy siedzimy już w aucie.
- Bez obaw kochanie, dojedziesz cała i zdrowa - zapewniam ją. 
Nie takie trudności miałem na drogach. Gdy w radiu leci piosenka Justina Timberlake'a, Antonietta zaczyna cicho nucić. słucham jej w milczeniu, spokojnie jadąc w stronę jej domu. W pewnym momencie na prawdę muszę stanąć na poboczu. Ulewa kompletnie odbiera widoczność. Musimy przeczekać. A pogoda naprawdę była taka ładna. Eh, ta Anglia. 
Mała chyba nawet nie zauważyła że nie jedziemy. Dalej kiwa się do już innej piosenki z zamkniętymi oczami. Wygląda uroczo, a ja zauważam że zaczynam się rozczulać.
- Pójdziesz ze mną na kolację? - wypalam.
Ta zastyga i patrzy na mnie. 
- Na kolację?
- Tak - kiwam głową. - Ale nie dziś.
- Chyba.. chyba kolacja będzie w porządku.

~~~~~*~~~~
Byłam wczoraj na MIASTO 44. Mówię od razu ,ze film jest bardzo mocny. Naprawdę. Daję dużo do myślenia. Ktoś był?
Tu na poprawę humoru zwiastun do nowego opowiadania

sobota, 27 września 2014

Rozdział 13

Harry leży na łóżku i co chwila śmieje się ze mnie. W rękach ma drugi egzemplarz Romea i Julii. Właśnie powtarzam rolę.
- Zaraz znajdę sobie kogoś innego. - pokazuję na niego palcem.
Mężczyzna poprawia się na stosie poduszek, ręka przeczesując włosy. Zwilża językiem wargę.
- Drwi z blizn, kto nigdy nie doświadczył rany - mówi poważnym tonem.
- Jesteś fatalnym aktorem - stwierdzam kładąc dłonie na biodra.
- Ja? Ja jestem fatalnym aktorem? Oj skarbie, mylisz się - rzuca książkę obok i podchodzi do mnie.
Podnosi moje ciało, sadzając je na swoich biodrach.
- Harry no.. - odpycham go chcąc wrócić na ziemię.
Kręci głową i poprawia mnie. Obraca się, podchodząc do łóżka. Rzuca mnie na nie, a po chwili jestem łaskotana na śmierć. Brunet wyczuwa gdzie mam te najczulsze punkty i z łatwością atakuje.
- Proszę nie! - Wiercę się chcąc  uwolnić.
- Coś za coś piękna - uśmiecha się i dalej gra na moich żebrach tak, że zwijam się ze śmiechu.
- Cze..czego?! - wyduszam z siebie.
- Buzi - wystawia mi język i zagryza wargę.
- Nie - odpowiadam, biorąc oddech.
Na chwilę przestał, więc mogę odpocząć. O matko...
- To nie - torturuje mnie dalej.
- To podłe! -  bije go na oślep.
Łapie moje nadgarstki i podnosi je nad moją głowę. Pochyla się, patrząc w oczy. Jego wzrok uważnie lustruje każdy szczegół mojej twarzy. Mój oddech znacznie przyspiesza, czuję kompletnie bezbronna. Kolejny raz kiedy ma nade mną zupełną kontrolę. Od niego zależy kolejny ruch. Zjeżdżam wzrokiem na krzyżyk, który zwisa z jego szyi i dotyka mojego dekoltu. Później powtórnie patrzę na malinowe usta Harry'ego. Są delikatnie rozwarte, przez co robią się spierzchnięte.
Trzyma w jednej ręce, oba moje nadgarstki, a drugą dłonią przejeżdża po moim biodrze. Na jego twarzy maluje się niewielki uśmiech. Daje mi całusa w policzek i sięga po książkę.  Nie zdaje sobie nawet sprawy, gdy sama delikatnie się uśmiecham. Podnoszę się, poprawiam i wracamy do próby. Kończymy dopiero po godzinie. "Mój" Romeo, leży na dywanie w ostatniej scenie. Wygląda jakby powstrzymywał wybuch śmiechu. Pochylam się nad nim, a ten niepostrzeżenie łapie mnie za nogę i ląduje na brunecie okrakiem.
- Ty nie żyjesz - uderzam go w klatkę.
- Jestem martwy jak trup - Jego palce wbijając się w mój tyłek.
- Świnia. - prostuję się na nogach.
- Miła jesteś kochanie - wstaje dosyć szybko i przerzuca mnie przez ramię.
Słyszę jak otwiera drzwi. Po chwili opuszczamy pokój.
- Gdzie idziemy? - mój głos jest już mniej pewny.
- Na obiad - poprawia mnie, a ja obijam biodrem o jego bark. - Tessa nas wołała. Wiem, byłaś tak zaczarowana moim urokiem, że nie usłyszałaś. Och, co ja robię z kobietami.
- No po prostu mówię ci..- rozluźniam ciało pozwalając się nieść.
Sadza mnie na krześle przy stole. Riley i Tessa świetnie się dogadując, przynoszą nam obiad. Niestety jem sama, bo tata prosi Harry'ego do siebie.
~Harry~
Wchodzimy do gabinetu Ian'a. To dość spory pokój, nieźle przeszklony tak jak reszta domu. Znajduje sie tu tylko duże, dębowe biurko, czarny, skórzany fotel i regały na dokumenty. Mężczyzna podchodzi do swojego fotela, a ja siadam na wygodnym krześle,  patrząc na niego pytająco.
- Stary, wiem że mogę ci ufać - zaczyna składając ręce na biurku.
Wiem że za tymi słowami kryje się coś dalej więc spokojnie czekam. Posłucham tego czego chce.
- Uważaj na Antoniette. Jest dla mnie najważniejsza i jeśli ktoś skrzywdzi ją, ja skrzywdzę jego - patrzy prosto na mnie, mówiąc chłodnym tonem.
- Rozumiem - mówię spokojnie.
- Wiem, że się obok niej kręcisz. Harry, ona nie jest w twoim typie.
- Sam to ocenię.
Patrzy na mnie i zaczyna bawić się długopisem. Widzę, że trochę się denerwuje.
- Powiedz wprost. Co od niej chcesz? Żeby ci dala? Czy chcesz ją przehandlować jak przegrasz?
- Już mi ni ufasz?
- Ufam ci. Ale wiem do czego jesteście zdolni, gdy macie kryzys.
- Jest ze mną bezpieczna - mowie krótko.
Ian odchyla się na krześle, zakładając ręce za głowę. Wypuszcza z ust powietrze.
 - Idziemy. - wstaje.
Do gabinetu wpada Tessa. Jest wściekła.
- Dlaczego Harry zabie...- milczy gdy mnie dostrzega.
- O co chodzi? - pyta mój kolega, a ja stojąc z drugiej strony, patrzę na nią pytająco.
- Myślałam że to ty zabrałeś mi małą z obiadu. Poszła jeść i tylko talerz został. jak ja znajdę to..
- Pewnie jest w pokoju - stwierdzam.
- Wracaj jeść! - krzyczy kobieta idąc we wskazanym przeze mnie kierunku.
Wchodzę za nią po schodach. Albo sama pójdzie albo ją zaniosę.
- No i nie ma. Zabije kiedyś to dziewczę. - wymija mnie Tessa.
- Tonnie! - krzyczę.
Nie odpowiada. We czwórkę sprawdzamy cały dom. Nigdzie jej nie ma. Poszła na spacer? Nie sądzę. Powiedziała by. Jest za bardzo grzeczna i poukładana, żeby robić ojcu zmartwienie. Wychodzę z budynku. Kurwa jebana mać. Nie wiem gdzie może być. A jeśli jest z Ashtonem to chłopak straci zęby. Sprawdzam ogród. Brama jest otwarta. Wyszła nikomu nie mówiąc? Wyciągam telefon i wybieram do niej numer. Czekam, aż odbierze. Połączenie odrzucone. Za każdym razem.
- Kurwa - klnę i wbiegam do domu. Łapię Iana za koszulę. - Masz program do namierzania?
- Nie ma jej? - otwiera szerzej oczy.
Widzę przerażenie, ale i złość.
- Nie ma. Rozłącza się, gdy dzwonię. Masz czy nie?!
- Tak, nie..kłóciła się ze mną i..nie ma.
- Dlatego właśnie muszę jechać do domu. Ja mam. Chodź - wściekły wychodzę z jej ojcem.
- Jak to któryś z twoich koleżków..
Mrożę go wzrokiem. Za bardzo srają po gaciach gdy mnie widzą, żeby ją tknąć.
~*~
Miejsce gdzie namierzyliśmy jej telefon okazało się puste, oprócz komórki, nic tam nie było. Ian i jego ludzi, razem z nami szukamy już trzeci dzień. Wczoraj dostał wiadomość. Nie chcą okupu. Miało zaboleć..zemsta.
- Człowieku, jaka zemsta? - pytam przez zęby.
Za chwilę coś rozjebię. Jestem tak strasznie wściekły, ale i cholernie się martwię. Jej się nie może nic stać. Nic! Nie pokazywałem się na tyle często z Antoniettą, aby ktoś to zauwa...kurwa. Szkoła. Czarne BMW. Kłamała. Gość musiał ją obserwować od dłuższego czasu.  Ręką, którą opierałem o stół, zrzucam wszystko co na nim leży. Dokumenty rozwiewa powiew wiatru, a szklanka rozsypuje się na miliony kawałeczków.
Kamery w szkole na pewno zarejestrowały tablice rejestracyjne. Tylko jest sobota i gówno mogę. Chwila, Harry myśl.
- Styles? - odzywa się Ian.
- Co?- burczę.
- Ashton jest przewodniczącym szkoły. Ma klucze - wie o czym pomyślałem.
Nie podoba mi się wizja braku obejścia bez niego ale nie mam wyjścia.
- Gdzie on mieszka? - pytam, chowając telefon do kieszeni.
Tessa kręci się w okół mnie i sprząta szkło. Dostaję adres i jadę tam od razu. Czuję się źle, ale nie mam innej możliwości. Muszę ją ratować. Pukam do drzwi niewielkiego, ale zadbanego domu.
Otwiera mi sam blondyn. Frajer.
- Klucze od szkoły. Migiem - mówię zimnym tonem.
- Nie dam ci ich.
- Czy ja kurwa nie wyraźnie mówię? Kluczę. W podskokach masz mi je przynieść gówniarzu - łapię go za koszulkę i pcham na ścianę domu.
- Po co ci one?
- Bo muszę uratować swoją dziewczynę, a jak mi ich nie dasz, to może niedługo zarobić kulkę w głowę. A jeśli tak się stanie, to będziesz wisiał łbem nad Tamizą.Do chłopaka chyba wszystko dociera. Sięga do kieszeni i podaje mi plik kluczy. O, super. Działa szybciutko. Burczę na niego i wychodzę z podwórka. Wsiadam do auta, jak najszybciej udając się do szkoły. Dobra, teraz który klucz otwiera drzwi? Zaczynam sprawdzać każdy po kolei, aż udaje mi się je otworzyć. Pośpiesznie chodzę korytarzami, szukając dozorcy. Otwieram wreszcie odpowiednie drzwi i przede mną pojawia się kilka ekranów. W tym samym momencie, zdaję sobie sprawę że w ogóle się na tym nie znam. Za informatyka robi Niall. Kolejny z moich przyjaciół. Wiem, że on nie takie rzeczy robił. Wybieram numer do Irlandczyka, modląc się aby szybko odebrał.
- Śpi. To coś ważnego?
Siadam na starym, zniszczonym krześle i biorę oddech. Co to za nie do rozwinięta dziwka? Fobby - dziewczyna Louisa - już wie, że jak mówię do niej takim tonem, to się po prostu pali!
- Obudź go - syczę.
- Chwileczkę...Niall, synku jakiś nerwus..głos jak Harry.
Świetnie! Jeszcze mi jego matki tam brakowało. Jęczę i uderzam głową o blat, ściskając w ręce klucze.
- Szybciej, bo mi dziewczynę zabiją.
- Co jest?- słysze senny głos.
Patrzę na zegarek.
- Stary, piętnaście minut i jesteś w liceum Edmunda.
- Dobra. - rozłącza się.
Cierpliwie czekam na niego. Stary zegarek na ścianie zaczyna mnie irytować. Wyścig z czasem.
~~*~~~
Wiec tak. Dwie sprawy.
1) Proszę. 13 komentarzy  -szok, że tak mało. 
Po prostu wiem ile osób czyta, a chcę tylko znać Wasze opinię. 
Piszę dla siebie, ale RÓWNIEŻ DLA WAS. 
2) Wraz z Karoliną piszemy już nowy blog. Opowiadanie będzie nosić
tytuł Mr. Styles 
Może przypadnie Wam do gustu. Chcemy powtórzyć sukces Vanilli. Będzie trochę
wzorowane na tym blogu, ale na pewno damy radę Was zaskoczyć. POSTARAM SIĘ ZROBIĆ ZWIASTUN, a jak na razie zapraszam DODAWAJCIE SIĘ DO OBSERWATORÓW I DO
ZAKŁADKI INFORMOWANI. 

środa, 24 września 2014

Rozdział 12

Wychodzę ze szkoły w na prawdę dobrym humorze. Tata ma mnie dzisiaj zabrać na kolacje. Obiecał, że spędzimy razem trochę czasu. Uwielbiam z nim rozmawiać i żałuję, że robimy to tak rzadko. W drodze do domu nie daję spokoju Rileyowi ani na chwilę. Opowiadam każdą lekcje, sukcesy i co ubiorę wieczorem. Wszystko mam zaplanowane. Kolacja z dużą ilością śmiechu, a po powrocie do domu oboje już w dresach będziemy oglądać filmy przy chipsach i coli. Później kakao przy którym zrobi mi się w brzuszku ciepło i zasnę tacie na ramieniu, a on zaniesie mnie jak królewnę do łóżka. Pocałuje w czoło, powie że mnie kocha, zgasi światło i zamknie za sobą drzwi.
Wychodzę z auta gdy mężczyzna parkuje. Biorę swoją torbę i prawie w podskokach idę do domku.
Dzisiaj nawet nie zwracałam uwagi, czy czarne auto stało pod szkołą. Jeśli tak to przecież nie mogło być Harry'ego. Chociaż może on na kilka samochodów...Nie ważne. Nie myślę o tym dzisiaj. Zdejmuję buty i od razu wchodzę do kuchni. Tessa właśnie kończy nakładać obiad.
- Jest tata? - pytam całując jej policzek.
- Jest. Przebiera się. Ćwiczył.
- Super.
Uśmiecha się do mnie i stawia obiad na stole. Biegnę umyć ręce. Nie spotykam po drodze ojca. Pewnie jest na górze. Wycieram umyte już dłonie i wracam zjeść. Tessa przygotowała pyszny obiad. Uwielbiam jej spaghetti. Kleczę na krześle, a głowę opieram na ręce. Jestem dziś bardzo radosna i to zasługa taty. Poza tym dostałam czwórkę ze sprawdzianu z historii. Nie jest źle. To był trudny temat, ale całą niedzielę uczyłam się. Teraz mam zamiar zabrać się za książki, które kupiłam. To znaczy nie dziś, ale w najbliższym czasie.
- Cześć - mówię dosyć głośno widząc tatę w holu.
- Cześć mała - całuje mnie w czoło.
- Jak dzień?
Odsuwa krzesło i siada obok.
- Nie byłem dziś w pracy, ale szybko minęło.
- To dobrze. Praktycznie mieszkasz w firmie.
- Taka praca - bierze widelec i zaczyna jeść.
- O której wychodzimy? - wypalam.
- Dobra. Szósta jest w porządku.
Uśmiecha się. Również kończę obiad. Gdy przychodzi wspomniany Harry, tata karze mu chwile poczekać. Biorę torbę i zamierzam na górę. Nawet posyłam  mężczyźnie uśmiech. Jak wiele zależy od humoru człowieka.
Wchodzę do swojego pokoju i siadam za biurkiem. Pierwsze co robię to włączam komputer, chcąc sprawdzić wiadomości.
Włączam pocztę i czekam aż się załaduje. Rozmawiałam dziś z Ashtonem. Był miły, ale cholernie bal się mnie dotknąć. Na przykład przytulic.
Nie chcę go do tego zmuszać. Rozumiem to i chyba nawet mu się nie dziwie.
Harry'ego łatwo się wystraszyć. Umie wzbudzić strach i zareagować. Już doszło do pobicia. O więcej nie proszę. Siadam przed komputerem i czytam nowe maile. Bardzo dużo reklam. Nic ciekawego. Sprawdzam czy mam coś zadane, bo chcę mieć wszystko z głowy. Jestem nastawiona na idealny wieczór.Mam do zrobienia jedynie angielski więc od razu się za to zabieram.
~*~
- Chodź tu - Miska z popcornem ląduje na podłodze, gdy tata łapie mnie i zaczyna łaskotać.
Praktycznie spadamy z kanapy, a on wcale mi nie popuszcza.
- Tato! - piszczę. Śmieje się głośno. -  Proszę.
- Buziaka - nadstawia policzek, a kiedy daję mu całusa, wzdycha. Patrzy na mnie rozczulony. - Jak ty szybko dorastasz.
- Wcale nie.. - wypieram się.
- Byłaś taka malutka, a jesteś już prawie dorosła.
- Nom.. - uśmiecham się dumnie.
Bierze mnie na kolana i przytula. Opiera podbródek na moim czole.
- Kocham Cię tatuś.
Odpowiada mi to samo. Gładzi ręką moje plecy. Dawno nie spędzaliśmy tak czasu. Brakowało mi go. Wiem, że praca jest dla niego bardzo ważna. I dlatego bardziej cieszę się każdą chwilą którą ze mną spędza. Nie ma między nami znudzenia. Jest po prostu miłość, a ja mam najlepszego tatę na świecie. W końcu odpływam zadowolona.
~*~
Zmieniam trampki na swoje buty i zawiązuję sznurowadła. Wreszcie skończyłam wf, a to oznacza że mogę wrócić do domu. Lubię sport, ale jestem niezdarą, więc opanowanie czegokolwiek przychodzi z wielką trudnością. Jednak naprawdę mam chęci! A to się liczy, prawda? 
Biorę plecak i przerzucam go przez jedno ramię. Omijam koleżanki, opuszczając salę gimnastyczną. Kiwam głową, gdy spotykam dyrektora i z uśmiechem wychodzę ze szkoły. Och, to też był udany dzień. Udało mi się dobrze odpowiedzieć z fizyki. Może nie będę mieć na koniec roku zagrożenia. Już raz miałam. Z matematyki. Miałam korepetycje, ale ten przedmiot jest naprawdę trudny. Niektórzy go rozumieją, a niektórzy -tak jak ja - nie. 
Rozglądam się za Rileyem, ale nie dostrzegam mercedesa. Na szkolnym parkingu stoją dwa znane mi auta. Jedno, czarne, które zawsze tu widuję i jedno duże, terenowe. Właśnie o jego maskę opiera się Harry, z rękoma w kieszeniach spodni. Patrzy wprost na mnie. 
Wzdycham słysząc koleżanki obok. 
- O matko...Widziałaś go tu kiedyś?! - piszczy farbowana blondynka tuż obok mnie. 
- Nie, no co ty. Ale niezły jest - odpowiada jej koleżanka.
Biorę głębszy oddech i idę w kierunku Stylesa.  Odpycha się od maski samochodu i podchodzi do mnie.
- Cześć kochanie.
- Przez ciebie będę jutro na językach całej szkoły.
- Czyli standard - przyciąga moje ciało do swojego. Czuję ciepło bijące od mężczyzny, który składa pocałunek na moim czole. Splata nasze palce i prowadzi mnie do auta.
- Jak ty uwielbiasz mi dokuczać..
- Wcale nie - puszcza mi oczko, otwierając drzwi od pojazdu.
Dzisiaj nie ma kurtki. No tak...Leży w mojej szafie schowana. Odpala i ruszamy.
- czemu to ty mnie odbierasz?
Wzrusza ramionami, zerkając w lusterku. Widzę jak mruży oczy i zaciska zęby. Obok nas przejeżdża czarne bmw. To bmw.
- Mój tato go wynajął? - pytam sama nie wiem kiedy. Zawsze jest gdy kończę zajęcia, to miałoby sens.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Widziałaś już kiedyś to auto? - odwraca głowę w moją stronę. Pyta naprawdę poważnie.
- Nie.. - nie chce żeby pomyślał, że wariuję. - To znaczy może..jest dużo takich aut.
- Widziałaś to auto kiedyś pod szkołą? - powtarza. Patrzy chwilę na mnie, później na drogę i skręca.
Mam mu powiedzieć? To oznacza, że się martwi? A jak uzna mnie za wariatkę?
- N..nie wiem..
- Tak czy nie?! - podnosi głos i raptownie się zatrzymuje na poboczu.
Wysiada z auta, a potem otwiera moje drzwi. Łapie w dłonie moją twarzy, patrząc głęboko w oczy.
Kręcę przecząco głową. Zabiera ręce i opiera je o framugę drzwiczek. Ciągle na mnie patrzy. Po chwili łapie mój kark i przyciąga mnie tak, że jego usta napastują moje.
Wzdycham zaskoczona. Co on sobie wyobraża?! Jego silny uścisk nie pozwala mi się odsunąć.
Przestaje całować mnie dopiero po chwili, ale jego wargi ciągle przylegają do moich.
- Cholernie się o ciebie martwię Tonnie. Rozumiesz? - mówi wolno.
Mój wzrok błądzi po jego twarzy która znajduje sie tak blisko. Analizuję w głowie to co do mnie powiedział. Chyba rozumiem. Zamykam powieki i uspokajam się. W porządku, nic się nie dzieje.Kiwam ledwo widocznie głową.
- To dobrze. Nie mogę pozwolić, aby coś ci się stało.
- Rozumiem.. - mówię szeptem.
- I jestem chorobliwie zazdrosny maleńka - dotyka mojej brody.
- Zauważyłam - odwracam głowę.
Jeden jego ruch i znów patrzę mu w oczy. Delikatnie mnie całuje. Wraca na swoje miejsce i powtórnie ruszamy. Muszę zapytać tatę jakoś subtelnie o to auto. Chociaż nie sądzę, aby miał z nim coś wspólnego. Po co? Riley mnie odbierał, wiec czemu ktoś miał mnie obserwować?
Ugh... kolejny kłopot. Parkujemy pod domem wiec krótko dziękuje i wychodzę nie patrząc czy idzie za mną.
- Wpadnę wieczorem!
No chyba do taty. - myślę i zamykam drzwi.
- jestem!
- Ja jestem w garażu, tata w pracy, a Tessa gotuje! - odkrzykuje Riley.
Schodzę na dół i staje w drzwiach.
- Czemu to ty po mnie nie przyjechałeś?
- Bo Harry chciał.
- Nie ma nic lepszego do roboty?
Wychodzi z pod samochodu brudny od smaru. Śmieje się cicho i kręci głową.
- On nie pracuje jak twój tata w ramowych godzinach. Raczej pracuje w nocy.
- Wampir..- prycham siadając na jakiejś skrzyni.
Mężczyzna podchodzi do narzędzi i reperuje auto, a ja na to patrzę dobrą godzinę, żaląc mu się.
~~~~~~*~~~~~~~~
Cześć! :) 29 października spełnią się moje marzenia (możeee)
Mecz Czarni radom - Skra Bełchatów, przy czym znam pierwszą drużynę,
a w drugiej gra Winiar, Włazły, Kłos itd *_*.
Dosyć o mnie. Dziękuję za tak dużo komentarzy. Akcja rozwija się powoli, ale chyba
jest ciekawie :) 


niedziela, 21 września 2014

Rozdział 11

Sobota to taki miły dzień. Nie muszę iść do szkoły, odrabiać lekcji, ani nawet myśleć o matematyce. Jutro pouczę się do sprawdziany z geografii i będzie z głowy.
Poprawiam poduszki na huśtawce w ogrodzie i siadam na niej, w ręku trzymając Romeo i Julię. Czytam to na głos, chcąc jak najwięcej zapamiętać. Dzisiaj jest pogodnie, ale wietrznie. Co chwila kosmyki włosów wpadają mi na twarz.
Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak blizki,
Słowik to, a nie skowronek się zrywa
I śpiewem przeszył trwożne ucho twoje.
Co noc on śpiewa owdzie na gałązce
- Wierzaj mi, że to był słowik - słyszę odpowiedź. 
Podnoszę wzrok i momentalnie cichnę. Wracam do lektury jednak zachowuje już treść dla siebie. Wiedziałam, że w końcu przyjdzie. Przynajmniej dzisiaj wygląda tak normalnie. W zwykłych rurkach i koszulce z nadrukiem ulubionego zespołu. I chyba ma trochę krótsze włosy niż ostatnio. Zauważam to kątem oka i...skąd ja znam takie szczegóły?!
- Chodź tu - siada na huśtawce i bierze mnie na kolana. - Zabieram cię na wycieczkę.
- Chyba nie muszę mówić, że nie chcę - próbuję zejść.
Trzyma mnie, nie pozwalając na żaden ruch. Cholera! Czy on musi być silniejszy, wyższy i w ogóle? Ma na mnie tak wielki wpływ, że czasem nie wiem czy nie wpływa na moje myśli.
- Przestań. Będzie fajnie - całuje mój nos i stawia mnie na trawię, lustrując wzrokiem.
Mam na sobie czarne rurki i białą bluzkę z szarymi rękawami. Na niej widnieje czarny napis MelbOurne. Harry zaczyna się uśmiechać. Jest rozbawiony tym, że ubraliśmy się podobnie.
- Przypadek - mruczę.
- Tak, domyślam się - mruga do mnie i wyciąga telefon. - Masz dziesięć minut na ogarnięcie się.
- Nie ma mowy. Nigdzie z tobą nie pojadę. - zakładam ręce na piersi.
Patrzy na mnie, ale nie denerwuje się. Na jego twarzy wciąż widnieje uśmiech, ukazujący dołeczki w policzkach. Zwilża dolną wargę językiem. Czy on właśnie spogląda na mnie z pożądaniem? Nie, na pewno mi się wydaje. Pomyłka, coś mi się przewidziało. Biorę książkę i wracam do domu.
Zderzam się z twardym torsem taty. Nie poszedł do pracy. Weekendy spędzamy razem. A nie, dzisiaj zabiera mnie Harry. Świetnie.
- Cześć malutka - całuje moje czoło. - Jadłaś śniadanie?
- Nie. Wymiotowałam - zmyślam na szybko. - źle się czuje.
Kłamstwo musi być wyjściem z tej sytuacji. Nie chcę spędzać z Harry'm czasu. Czuję się przy nim źle.
- Tak? - patrzy na mnie niespokojnie. - Dałem Rileyowi wolne, ale Harry może zawieźć cię do lekarza. Mam dużo pracy.
- Myślę że po prostu muszę się położyć tato.
- A jak ci nie przejdzie? Nie chcę cię mieć na sumieniu - gładzi ręką moje plecy.
- Zajmę się nią - Harry staje obok. - Towar będzie jutro, listę wysyłałem ci na maila.
Zaczyna mi się robić gorąco. Nie chce z nim zostawać. Będę czuła się niekomfortowo. I znów ta jego kontrola.
- Nie trzeba.. - wtulam się w ojca.
- Idź z nim. Będę pewny, że nic ci nie jest - całuje mnie po włosach. Och tato, czemu ty nic nie rozumiesz.
Prostuje się i niepewnie spoglądam na Harry'ego. Chyba wstał prawą nogą. Uśmiecha się, chociaż wie że kłamię. Może ten dzień nie będzie taki tragiczny. Tato wychodzi a my zostajemy sami.
- Warto chociaż próbować. - odzywam się.
Kręci głową i przyciąga mnie do siebie.
- Zostało ci pięć minut. Czekam przed domem - mówi.
Puszcza moje biodra i wymija mnie, opuszczając posiadłość. Idę na górę, a raczej się tam wlekę. Poczeka, bo ja się tak szybko nie wyrobię. Niestety nie działam dzisiaj na szybkim obrotach. Nie przebieram się, ale robię makijaż i czeszę swoje włosy. Jak zwykle nie da się nic z nich zrobić, więc zostawiam rozpuszczone. Szukam mojej torby, co trochę mi zajmuje, i pakuję do niej potrzebne mi rzeczy. Odruchowo wyglądam za okno, które ma widok na podjazd, i widzę Harry'ego opierającego się o bramę oraz Ashtona który parkuje motor.
- O nie.. - zbiegam szybko na dół, prawie się zabijając.
Nie mogę dopuścić do bójki. Nie kolejny raz, aby mieć wyrzuty sumienia. Tessa patrzy za mną zdziwiona, gdy wybiegam z domu jak postrzelona. Zbiegam po schodkach, nie wywracając się (co jest dla mnie sukcesem), i docieram do bramy.
- Jestem. - mówię na wydechu.
- Cześć - Ashton mi macha. Jak zwykle ma bandamkę. W zasadzie Harry dzisiaj też.
Nie odzywa się. Patrzy w chodnik, z rękoma na klatce.
- Hej - delikatnie się do niego uśmiecham. Stoję plecami do Harry'ego, więc składam ręce jak do modlitwy i wymownie patrzę na blondyna by odjechał.
- Chciałem tylko...- drapie się nerwowo po karku. Na pewno to nie jest dla niego zręczna sytuacja. - Co mamy zadane? Wyślesz mi?
- Jasne, tak..nie ma sprawy.
Słyszę prychnięcie za plecami. Blondyn wycofuje się i wsiada na motor, odjeżdżając. Wypuszczam powietrze z ust oddychając z ulgą.
- Jakby nie było telefonów. Chodź - Harry bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę czarnego Range Rovera.
- Torebka.. - pokazuję na dom.
- Zaraz mnie jasny szlag trafi, przysięgam - mówi nie odrywając się. Bierze oddech, puszczając tym samym moją dłoń.
Gdy idę do domu powolnym krokiem, na moich ustach widnieje uśmiech. Wracam już z kamienną twarzą.
Brunet otwiera mi drzwi od dużego auta i wskazuje ręką, abym wsiadła. Zajmuję miejsce, od razu czując ciepło. On sam również wchodzi do samochodu i odpala silnik.
- Gdzie w ogóle jedziemy? - odzywam się po ruszeniu.
Wywraca oczami. Jeju, tylko pytanie zadałam. Ashton się pojawił i już ma gorszy humor.
- Do Chealse. Na największy targ książki.
Jak dobrze, że wróciłam się po tą torebkę. Guzik by mi dał targ gdybym nie wzięła pieniędzy.
- A potem na obiad i jezioro - dodaje, wyprzedzając auta przed sobą.
On również jeździ szybko, ale ostrożnie. Panuje nad kierownicą. Podobnie jak Riley. Już się nie odzywam. Spokojnie i cierpliwie czekam. Myślę, że nie będzie tak źle. Porozglądam się za jakąś ciekawą książką. Ważne, żeby go nie wkurzyć. Tak to, jest całkiem miły. Nie mówię, że polubiłam Harry'ego, ale wolę jego spokojną wersję.
- Po co czytasz Romeo i Julie? - przerywa ciszę ochrypłym głosem.
Przygryza wargę, co zauważam, i zmienia bieg.
- W szkole będzie przedstawienie. - odpowiadam. Zadał pytanie więc kultura tego wymaga.
Poza tym nie był nie miły. Kiwa głową i uśmiecha się.
- A ty będziesz grała?
- Nie wiem tego jeszcze.
- A chcesz grać? - kładzie lewą rękę na moim kolanie.
- Nie wiem, może.. - zabieram nogę.
Nie poddaje się. Tym razem kładzie ją na moim udzie w na tyle mocnym uścisku, aby ją unieruchomić , a nie sprawić mi bólu. Odwracam głowę i patrzę przez okno na rozpływający się przez szybkość z jaką jedziemy obraz. Chelsea nie jest daleko. Za kilkanaście minut z pewnością będziemy.
- Ile masz lat? - ciekawość wygrywa z nieśmiałością.
- Dwadzieścia pięć królewno.
- Jakoś tyle bym ci dała. Szybko osiągnąłeś dosyć dużo.
- czyli co, według ciebie? - pyta ciekawy.
- Prace dla człowieka jak mój tata.
- Widzisz, dla mnie to nie jest zaszczyt. - co to może znaczyć?
Nie odzywam sie na to. Poprawiam się w fotelu i czekam, aż dojedziemy. Brunet też nie podejmuje rozmowy. Przyśpiesza, dlatego jesteśmy szybciej. Tam gdzie się zatrzymujemy, jest coraz więcej osób. Widać targ cieszy się dużym zainteresowaniem.
Naprawdę jest ruch. Wychodzę z auta. Harry bierze mnie za rękę. Ciężko, ale udaje mi się ją wydostać. Więc robi to inaczej. Po prostu splata nasze palce i trzyma mnie obok siebie. Świetnie. Pewnie dla ludzi wokół wyglądamy jak kochająca się para. Chociaż tak wcale nie jest. Tłumy ludzi wychodzą z targu, a my właśnie zaczynamy się rozglądać. To znaczy...Ja to robię.
Są działy a w nich wszystkie dzieła poukładane alfabetycznie. Są nowe książki, ale i te bardzo stare oraz zniszczone. Na pewno nie wyjdę stad z pustymi rękoma. Patrze na Harry'ego znacząco i podnoszę nasze złączone dłonie. Jak mam tak książek szukać?
Puszcza mnie, ale stoi obok. Sięgam po jedną z książek i otwieram na przypadkowej stronie. Stwierdzam, że to poezja. Wiersze miłosne.
- Ktoś ma ochotę na coś romantycznego - słyszę śmiech Harry'ego przy uchu.
- Poszukaj czegoś dla siebie, dobrze?
- Lubię kryminały. Nie wiem czy tu coś takiego znajdę - całuje mój policzek.
- Nie podejrzewałabym.. - mruczę idąc dalej.
W efekcie końcowym wybieram trzy książki. Opisy z tyłu spoilerują ją, bardzo ciekawie. Wszystkie są o miłości, ale każda ma inną fajną fabułę. Na pewno przeczytam. Harry płaci za mój zakup.
- Wzięłam pieniądze.
- Nie uwłaczaj mi - patrzy na mnie spod rzęs i podaje przezroczystą reklamówkę.
- Dzięki -  biorę ją bez dalszych, zbędnych kłótni.
- Szukasz jeszcze czegoś czy idziemy na obiad?
- Możemy iść - odpowiadam cicho.
Poprawiam torebkę na ramieniu.
- To chodź - jednym ruchem podnosi mnie. Szybciej pokonujemy dystans do samochodu.
Czuję wzrok masy ludzi gdy odjeżdżamy. Mógł sobie darować. Wiem też, że moje rumieńce są teraz bardziej widoczne. Wbijam wzrok w swoje trampki.
- A na co masz ochotę skarbie?
- Mówiłeś o obiedzie. Ty decyduj - burczę.
Nie popsuł mi humoru, ale nie musiał mnie nosić robiąc przedstawienie. To mnie dosadnie zawstydziło. Nic nie poradzę na to, że jestem nieśmiała.
- Kobietą się ustępuje. Słucham propozycji.
- Chyba nie zawsze o tym pamiętasz
- Nie, ale dzisiaj tak. Dalej chcesz się kłócić? Po prostu powiedz - wzdycha stukając palcami o kierownicę.
- Owoce morza... Krewetki, tak. Najlepiej krewetki.
- Lubisz? - pyta manewrując autem.
- Lubię.
Kiwa głową, ale już nic nie mówi. Parkuje przed jakąś małą restauracja. Szyld mówi, że nazywa się ona "China restaurant".
Harry otwiera mi drzwi z przeszkloną szybą. Wchodzę do środka. Ściany są pomalowane na czarno. Gdzie niegdzie widnieje namalowany na czerwono wzorek chińskiego smoka z długimi wąsami.
 Chłopak obejmuje mnie w pasie i lekko popycha do jednego z około licząc dwudziestu stolików. Nie cierpię, gdy w jakikolwiek sposób zbliża się do mnie na mniej niż dwadzieścia centymetrów. Odsuwa mi krzesło, które wyglądem przypomina lekki fotel. Siadam i poprawiam pozwijany, śnieżnobiały, obrusik. Na nim stoi mały flakonik z białą Ketmią Syryjską. Za nim kryje się mała podstawka na czerwone serwetki.
- Podoba mi się tu. A tobie?– mówi nagle chłopak.
Nie odpowiadam skupiam się na oświetleniu. Lampy są krwisto czerwone lub czarne. Daje to nieprzyjemny półmrok. Podłoga wyłożona jest ciemno-beżowymi płytkami z jakąś ciemniejszą fugą między nimi. Na suficie, który jest… bo dlaczego, nie… czerwony widnieje z kolei czarny smok z zakręconym ogonem. Przy połączeniu wszystkich czterech ścian z górna powierzchnią znajduje się ciekawa dekoracja. Na około niewielkiego pomieszczenia przybito deski drewna układające się w kształt specyficznie wyglądających dachów w Chinach. Ponad to z głośników wydobywa się spokojna chińska melodia. Spokojnie można tu przyjść leczyć nerwice. Wszystko w kolorach czerni i czerwieni. Białe są tylko te kwiatki i obrusy, na których znajduje się dopiero teraz zauważony przeze mnie wzorek chiński. Za dużo.
 Podchodzi do nas mała, zwinna kelnerka ubrana w prześcieradło ze śmieszną fryzurą na głowie. Podaje nam menu i znika za ladą. Ozdobiona jest obrazem Muru Chińskiego. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć smoka, typowej roślinności tamtejszego klimatu, małych Chinek ze skośnymi oczami i wykończeń budowli ze śmiesznym dachem. Ci to mają upodobania.
Mój wzrok kieruję na sztywną kartę złożoną na pół. Mamy nowy kolor. Wściekło-żółty. Tak dosłownie mówiąc pomieszany z takim samym odcieniem pomarańczowego. Taki właśnie kolor ma nasze „menu”. Czcionka taka, że mikroskop wymięka, a obrazki wcale nie przedstawiają tego co jest przedstawione w opisie. Gdyby nie obecność Harryego mogłabym dać temu miejscu 10/10.
Przenoszę wzrok na chłopka. Nawet nie spojrzał na kartę. Siedzi ze skrzyżowanymi rekami na piersi i namiętnie mi się przygląda.
- Odpowiesz mi? – pyta wkurzony.
- Co ja Ci złego człowieku zrobiłam, że na mnie wrzeszczysz co pięć minut? – odpowiadam spokojnie i gapię się na kucharza restauracji.
Niski, ciemnoskóry dziadunio z małym i wąskim wąsem pod nosem. Ubrany w białą koszulę i czarne spodnie. Fartuch ma tradycyjnie… jakiego koloru nam tu brakuje, pomyślmy… czerwony. Zamiast czapki kucharskiej na głowie ma kapelusz w kształcie najnormalniejszego w świecie domu w Chinach, przynajmniej da nich…
Uśmiecha się do mnie życzliwie. Odpowiadam tym samym, ale trochę cierpkim wykrzywieniem twarzy.
Firanki przy oknach mają kolor ciemno brązowy. Są przepasane cienką wstążką tak, aby nie zasłaniać widoku i jednocześnie nie pozwalając światłu dziennemu wpaść do środka.
Rozglądam się po całym lokalu, tylko po to, aby nie patrzeć na mojego towarzysza. Wcale mi się nie uśmiecha tutaj z nim siedzieć. Omijam jego kierunek tak długo aż nie napotykam jego ciemno-zielonych od złości tęczówek.
- Nie ważne. Wybrałaś już? - odzywa się ponownie. Dalej jest rozdrażniony, ale widać ze stara się nad tym zapanować.
- Kurczak na ostro.
- Chciałaś krewetki. Dziewczyno, zdecyduj się.
- Teraz chcę kurczaka.
Nic już nie mówi. Wzywa kelnerkę i poprawia się na krześle. Dziewczyna uśmiecha się do niego jak do obrazka. Skoro ona jest chętna to dlaczego nie weźmie sobie jej. Ale nie, po co. Lepiej uczepić się mnie. Brunet nie zwraca na nią uwagi. Wpatruje się we mnie, składając zamówienie, a w oczach pojawia się płynna zieleń.
- Jeszcze Cole - dopowiadam.
- To wszystko? - pyta grzecznie, zapisując wszystko w małym zeszyciku. Harry patrzy na mnie pytająco. Sam zamówił jedynie wodę.
- Ja tak. Dziękuję.
- Dziękujemy - kiwa na nią głową w geście odesłania.
Ta niechętnie nas opuszcza. Och biedna. Złamał jej serce. Od kiedy ja jestem taka nie miła, nawet w myślach?
- Jak ty sobie to wyobrażasz? - pytam.
- Co? - patrzy na mnie z nad telefonu. Blokuje go i odkłada na stolik.
- Tą mnie jako swoją księżniczkę pseudo - wywracam oczami w duchu, czego przecież nie widzi.
Denerwuję mnie jego nastawienie. Uznał, że jestem JEGO, a ja przecież nie należę do nikogo.
- Normalnie - pochyla się opierając ręce o krawędź mebla. - Zacznij to akceptować.
- Odbierasz mi możliwość decydowania o sobie.
- Nie prawda. Masz dużo swobody. Nic aż tak złego nie robię.
- Więc nie wchodź Proszę nieproszony do mojego pokoju.
- Ale lubię. Zwłaszcza kiedy tak niewinnie spisz. No, ale dobrze. Będę pukać.
- I czekać na pozwolenie - zaznaczam. Zaczęliśmy się licytować.
- Obiad - mówi, a po chwili przede mną stoi talerz z kurczakiem przyprawionym po chińsku.
Dostaję również napój. Zaczynam jeść, starając się ignorować natrętny wzrok mężczyzny na przeciwko. Nie wiem jaki Harry jest bardziej denerwujący. Ten patrzący czy ten mówiący.
- Naprawdę smaczne - przyznaję.
- Byłaś głodna - stwierdza i bierze łyk wody.
- Dalej jestem - mówię bez krępacji. Gdy kończę danie czuje się jak balon.
Ale przynajmniej mój brzuch się zapełnił. Harry śmieje się z mojej miny o zostawia pieniądze.
- Smaczne.. - powtarzam cicho.
Wyciąga do mnie rękę. Wstaję, a później opuszczamy restaurację. Brunet szybko prowadzi mnie do samochodu. Jest bardzo pochmurno. W czasie drogi powrotnej zaczyna padać deszcz.
- Nici z jeziora - mówi bardziej do siebie.
- Szybciej wrócimy.
- Czemu ty zawsze robisz problem? - uderza ręką w kierownicę. - Jest dobrze, to musisz marudzić.
- Nie marudzę.. - mówię lekko wystraszona.
Wywraca oczami. Zaciska usta w cienką linie. W samochodzie unosi się nie przyjemna atmosfera. Skrępowana patrzę przez szybę, po której jak łzy, spływają krople deszczu. Dudni w dach terenówki. Kątem oka widzę jak szybko chodzą wycieraczki. Chyba nawet nie byłabym wstanie rozpoznać okolicy. Wszystko się rozmazywało. Do tego Harry nie jechał wolno. Opieram się wygodnie i zamyka oczy. W samochodzie rozbrzmiewa dzwonek telefonu. Na pewno nie mój. Harry odbiera go, ponieważ ma tu zestaw głośnomówiący.
- Wchodzisz dzisiaj? - słyszę męski głos.
- A jakie macie stawki? - pyta.
Stawki? Chodzi o pieniądze? Mrużę oczy, dalej wpatrując się w szybę chociaż uważnie słucham.
- Nie będziesz narzekał.
- Nie wiem Liam. Zależy jak się wyrobię. Muszę jeszcze do swojego pojechać - mówi znudzony tonem.
- Liczę na ciebie stary. - połączenie zakończone.
To była dziwna rozmowa. Z powodu nudy zaczynam o tym myśleć.
- I co? Wchodzisz? - pytam sama nie wiem o co.
- Nie. Mam papierkową robotę. Rozumiem, że chcesz wiedzieć co robię? - Odwraca lekko głowę w moją stronę.
- Możesz się podzielić.
- Przecież ciebie to nie obchodzi - Udaje mój rozkapryszony głos.
- To nie - Zakładam ręce na piersi, chociaż ciekawość aż mnie zżera.
Dalej jedziemy w ciszy. Parkuje na podjeździe i wysiada. Jest prawdziwa ulewa. Ściąga skórzaną kurtkę, osłaniając mnie gdy ja też opuszczam samochód .
Szybko przenosimy się pod dach domu. Dom. Czuję się trochę pewniej. Stoimy przed drzwiami pod daszkiem. To ja trzymam kurtkę. On zdążył przemoknąć . Krople deszczu spływają z jego włosów, a ubranie przyklejone jest do ciała bruneta. Chce coś powiedzieć, ale rezygnuje. Odwraca się i znika za bramą.
- Kurtka! - krzyczę za nim.
Słyszę tylko warkot silnika. To znaczy, że odjechał. Wchodzę do domu. Mam nadzieje spotkać tatę. I jest. Czyta coś w salonie. Sam. Bez Emilii. Tak jest dobrze. Gdy nie ma tej fałszywej żmii blisko.
- Cześć.
- Cześć kochanie. Jak tam wycieczka? - nie podnosi na mnie wzroku nie doczytując do końca strony. Później uśmiecha się w moją stronę. - Trochę zmokłaś.
- Tak. Złapał nas deszcz.
- To dobrze. Chodź tu - pokazuje na miejsce obok siebie.
Uśmiecham się lekko i siadam obok niego.
- Widzisz maleńka ja wiem kim jest Harry. Nie mogę tego ukrywać - obejmuje mnie ramieniem. - Ale wiem, że jesteś z nim bezpieczna.
- Wiesz.. To wszystko?
- Wiem czym się zajmuje i jaki jest. Tylko tyle. A co mam jeszcze wiedzieć? - patrzy na mnie zdziwiony.
- Nie wiem. Dlaczego mi to mówisz
- Po prostu - szepcze.
- Potrafi być.. Straszny.
Kiwa głową i mocniej mnie przytula. Wiem, że on nigdy by nie pozwolił aby ktoś mnie skrzywdził.
- Kocham Cię tato.
- Też cię kocham skarbie.
~~~~~~~~~*~~~~~~~~~~~~
Hej, hej, hej :)
POLACY W FINALE AWWW
Przez mój dobry humor -kolejny rozdział.
chociaż było zdecydowanie mniej komentarzy.
Szkoda
I PROSZE NIE MYLCIE MNIE Z M HORANSON.
PISZEMY RAZEM TRZY BLOGI, ALE JA NIE PISZĘ INSOMNI

środa, 17 września 2014

Rozdział 10

Stoję przed lustrem w długiej, śnieżnobiałej sukni bez ramion. Przez brzuch idzie zygzak odsłaniający moją skórę.
Już praktycznie kończę przygotowania. Musze zrobić jedynie makijaż. Jednocześnie czytam Romeo i Julia, gdyż mamy się przygotować do recytowania wybranej sceny. Mimo, że to dopiero za dwa tygodnie, wole zacząć zapamiętywać.
Schodzę na dół i orientuje się, że taty już nie ma.
Jednak widzę Rileya w garniturze, siedzącego przy stole. Bawi się kluczykami. Staję przy nim, a on podnosi na mnie spojrzenie niebieskich oczu.
– Gotowa?
– Gotowa.
Podnosi się i do mnie uśmiecha. Odwzajemniam to. Wiem, że tam będzie Harry, ale będą też ludzie.
Nie ma szans zrobić nic przy innych. Jedziemy w ciszy. Na miejscu mężczyzna pomaga mi wysiąść.
Po czym wsiada do samochodu i odjeżdża. Wzdycham patrząc w ugwieżdżone niebo. Jakie piękne... Ruszam do obrotowych drzwi firmy. Słyszę spokojną muzykę graną na żywo i gwar rozmów. W moim kierunku idzie Harry w garniturze. Prezentuje się idealnie, to muszę przyznać. W rękach trzyma dwa kieliszki szampana.
Idzie do mnie. Jestem tego pewna. Przełykam ślinę i biorę głęboki oddech.
– Witaj - mówi zachrypniętym głosem. - Wyglądasz olśniewająco, ale nie podoba mi się to ze każdy będzie cię podziwiał. - podaje mi kieliszek, a później przyciąga do siebie silnym ramieniem. Czuję jego oddech na szyi, gdy zanurza nos w moich włosach. Składa pocałunek na moim obojczyku.
Robię krok w tył.
– Wypada mi się przywitać - pierwszy raz mi do tego śpieszno.
– Tak? To chodź - prowadzi mnie na salę.
– Trafię.
– Chcesz coś jeszcze zakwestionować?
– Odległość między nami - przyspieszam i sama wchodzę między ludzi.
Rozglądam się za tatą. To przy nim będę czuła się dziś bezpieczniej. Rozmawia z jakąś długonogą brunetką. Dziewczyna może mieć góra 24 lata.
- Tylko nie to.. - podchodzę do nich.
Mężczyzna uśmiecha się do niej, a po chwili przenosi wzrok na mnie. Dziewczyna ubrana jest w długą, czerwoną suknię. Wygląda bardzo ładnie, lecz ja czuję ukucie w okolicach serca. Zawsze tata zwracał tylko na mnie uwagę. Może to zazdrość.
- Witaj kochanie. Ślicznie wyglądasz. Antonietta poznaj Emilię.
- Cześć. Nie chodzimy przypadkiem do jednej szkoły?
- Chyba nie - uśmiecha się do mnie zniesmaczona. - Skończyłam juz szkołę. Studiuję.
- Przeszkodziłam wam?
Tata kręci głową. Widać, że mu się podoba. Bardzo dawno nikogo nie miał. Albo o tym nie wiedziałam.
- Za chwilę Harry zabierze cię na pokaz na wodzie. Wszyscy goście tam pójdą.
- Mogę pójść z tobą.
- Poświęcę dziś więcej czasu Ems - całuje mój policzek i prowadzi gdzieś dziewczynę. Zostaję sama pośród ludzi, których nawet nie znam.
Naprawdę już zmuszona, podchodzę do pana Brooksa. Zawsze mnie zaczepia. Jest nieznośny no ale...Nie mam wyjścia. Wolę porozmawiać z nim, niż stać skrępowana ze Stylesem. Rozglądam się, aby go odnaleźć ale nie zauważam. Może to dobrze. Gdzieś wyszedł? Oby tak.
- Jak tam młoda damo?
- Miły wieczór. Wybiera się pan na pokaz na wodzie?
- Tak. Wraz z moją żoną - uśmiecha się dumnie. - O, pan Styles. Dzień dobry chłopcze - rozumiem, że mój cień jest za mną. Łapie moja rękę.
Zabieram ją szybko niby i przekładam do niej złotą kopertówkę.
- Dobry wieczór. Pan wybaczy, ale muszę porozmawiać z dziewczyną - mówi z uśmiechem i obejmuje mnie w talii, prowadząc do ogrodu. - Słuchamy Tonnie. Ważna reguła.
- Nie nazywaj mnie swoją dziewczyną.
- Jesteś moja i zacznij się przyzwyczajać - jeździ palcami po skórze, która jest odkryta przez sukienkę.
- Zostaw - odsuwam się. - To nie dla ciebie.
- Dla mnie. Tylko dla mnie - odwraca moje ciało w swoją stronę i odgarnia kosmyki włosów z czoła. - Poznasz mnie. Ja ciebie.
- Mam gdzieś poznawanie ciebie. - szepcze sama nie wiem czemu.
- A ja to co sobie myślisz. Zacznij w końcu to rozumieć. Zdenerwujesz mnie? Zostaniesz ukarana - mówi do mojego ucha, przygryzając jego płatek.
- Pokaz..
- Tak, za chwilę kochanie.
- Chodźmy już - nienawidzę być z nim sam na sam.
Czuję się niepewnie i wiem, że jakbym tego nie chciała to ma kontrolę.
- Zaraz się zacznie - udaje mi się wyswobodzić.
- Chodź, nie odstawiaj przedstawień - łapie moją dłoń i prowadzi żwirową drogą na biały mostek jeziora, które tata ma za swoją firmą.
Rzeczywiście piętnaście minut później zaczyna się przedstawienie.
To bardzo ładne. Najpierw na jezioro wypływają malutkie łódeczki a potem fajerwerki z nich wystrzelają w niebo. To idealny pokaz. Ktoś świetnie go zaprojektował. Wszyscy biją brawo. Mój ojciec wznosi toast i goście wracają do zabawy, jeśli tak to można nazwać.
My zostajemy na tym mostku. Patrzę w wodę. Kurczowo trzymam się barierki. Harry staje za mną i kładzie ręce na moje biodra. Wbijam wzrok w spokojne fale na jeziorze. Spokojnie. Będzie tak stał, to wszystko. Nie odzywaj się to go nie zdenerwujesz. Powtarzam w myślach uspokajające mantry.
Dziwię się, że mojemu tacie nie przeszkadza to, że taki mężczyzna się obok mnie kręci. I jestem pewna, że wie więcej niż ja. Chyba on się go nie boi. Przecież ma kontakty i... Z łatwością mógłby się go pozbyć.
Czuję ciepły miętowy oddech na karku. Po chwili usta dotykają szyi i zasysają skórę.
- Co najbardziej lubisz robić? Widziałem, że masz wiele książek - pyta chuchając na naznaczone miejsce.
- Nie rób tak - ignoruje jego pytanie. Nie odwracam się. Tak, lepiej tego nie robić.
- Moja - mruczy. - Nie traktuj mnie tak chłodno. Nie jestem wygórowanym biznesmenem, tylko chłopakiem chcący szczęścia. A ty mi je dasz. Będziesz moją królewną.
- Mówisz jakby to co robisz było czymś normalnym...- szepczę cicho.
- Bo jest. Przestań się stawiać. Nie zrobię ci krzywdy - opiera podbródek o moje ramię i tracą nosem mój policzek.
- Cały czas mi grozisz. - odwracam głowę w przeciwną stronę.
- Nie. Uprzedzam cię. Mam trudny charakter i to wiem.
- Nie..
Nie odpowiada. Masuje rękoma moje biodra. Po raz pierwszy jestem z mężczyzną tak blisko.
I to musi być akurat on? Ten, który mnie przeraża. Koszmar koszmarów.
Ten, którego się boję. Wzdycham cicho.
- Wrócę do środka..
- Nie. Wrócisz do domu. Chodź - bierze mnie za rękę i prowadzi do wyjścia. Riley pali papierosa siedząc na ławce.
Podchodzimy do niego.
- Odwieź ją bezpiecznie do domu - mówi brunet.
- Nie powiedziałam, że chce wracać. Muszę coś jeszcze zrobić.
Widzę jak wypuszcza powietrze usta. Odwraca mnie w stronę budynku.
- Idę tam z tobą, potem jedziesz do domu.
Kiwam głową. Perspektywa powrotu mi odpowiada.
Ponownie wracamy do środka. Niektórzy zaczynają tańczyć. Rozglądam się nie zwracając uwagi na eleganckich gości. Widzę jak winda zamyka się, a w szczelinie zauważam marynarkę taty, który napiera na ciało Emilii. Słyszę obok siebie rozbawione prychniecie.
- A ja chciałam ją przeprosić.. - mówię do siebie zła.
- O co się wściekasz maleńka? Spotykają się od dwóch tygodni.
- Leci na jego kasę. Mógłby znaleźć sobie kogoś prawdziwie.. jak mamę..
- Nie znałaś swojej mamy - zaznacza. - Poza tym tego nie wiesz. To się okaże. Chodź, wracamy.
- Nie mów o mojej mamie. Nie masz prawa – wymijam go.
- Stwierdziłem tylko fakty - idzie za mną. Wychodzimy na świeże powietrze. - Przykro mi. Nie umiem postawić się w twojej sytuacji.
- Jedzmy, proszę.. - mówię do mężczyzny przy aucie.
Riley wsiada do środka, a Harry otwiera mi drzwi i pomaga wsiąść nie niszcząc sukni.
- Dobranoc księżniczko - mówi i zamyka drzwi.
Gdy pierwszy raz używa tego określenia wprost moje serce trzepocze szybciej przez moment.
Samochód rusza, a ja odwracam głowę. Widzę jak stoi na ulicy z rękoma w kieszeni, a jego osobę oświetla światło latarni. Wracam wzrokiem przed siebie i zamykam oczy.
Riley włącza radio. Z głośników wydobywa się głos Justina Timberlake'a. Lubię jego piosenki. Może nie jestem wielkim fanem muzyki, ale tego wokalistę cenię.
- Harry, jest zimny od zewnątrz - mówi Riley zaskakując mnie.
- Zauważyłam..
- Jeśli się go obawiasz to dobrze. Ale z nim być lepiej w dobrych stosunkach. Dobry chłopak.
- O czym ty mówisz? Znasz go? - siadam prosto, patrząc na niego.
Co on wie? Co może ukrywać?
- Przyjaźni się z twoim tatą. Czasem rozmawiamy. Tyle - skręca w naszą ulicę.
- Więc dlaczego mówisz takie rzeczy? Wszyscy jesteście zagadką. Nikt nic mi nie mówi. Skocze przez was z mostu. Zobaczysz.
- Przestań mała. Nie pozwoliłbym, aby ciężko skrzywdził. Jestem za ciebie odpowiedzialny - zapewnia mnie. Parkuje w garażu i wysiada. Pomaga mi opuścić auto. Patrzy na mnie troskliwym wzrokiem. - Idź spać Tony. Kolejny dzień będzie lepszy niż poprzedni.
- Dobranoc.
- Dobranoc - otwiera drzwi od domu.
Idę do siebie. Biorę szybki prysznic i zakładam krótki, satynowy szlafrok. Siadam na łóżku. Tessa zmieniła pościel. Przejeżdżam ręką po niebieskiej kołdrze. Zaczynam rozczesywać włosy. Nie wiem czy będę umiała zakryć malinkę. Jest dosyć duża, a jej kolor rzuca się w oczy. Mój telefon na szafce zaczyna wibrować. Zdziwiona biorę go do ręki. Dostaję wiadomość od Ashton'a.
" Słodkich snów"

Uśmiecham się pod nosem i odpisuje. 
"Kolorowych Ash "

~~~~~~~*~~~~~~~~~~~
MAM BILETY NA EDA *_* Tata powiedział, że nie kupił i jak się popłakałam
TO POWIEDZIAŁ, ŻE JEDNAK TAK. Yey.
A mam blisko, bo to Wawa więc nie ma problemu.
Akcja powoli się rozkręca. Opowiadanie ma 40 rozdziałów i epilog :)
Proszę! Komentujemy słoneczka xx

niedziela, 14 września 2014

Rozdział 9

Połączyłam już wszystkie fakty w głowie. Niebezpieczny Harry, który uważał że mnie zdobędzie, groził Ashtonowi. To na pewno musiał być on! Widziałam dzisiaj jak reaguje, gdy jest zdenerwowany. Pobił go, dając ostrzeżenie. O mój Boże...Żołądek ściska się przez nerwy, a ja nie wiem co mam robić. Przeprosić Asha za Harry'ego? Przecież on się teraz boi do mnie odezwać. A co jeśli dostanie mocniej, bo Styles dowie się że w ogóle podeszłam do niego?
Kompletnie nie skupiam się na temacie z historii. Rysuję długopisem po kartce, czekając na koniec lekcji. Urwę się. Powiem Rileyowi, że skończyłam wcześniej, a tak naprawdę pojadę do firmy taty i nabluzgam Harry'emu. On nie ma prawa traktować tak mojego przyjaciela. Jedynego.
Dzwonek jest moim zbawieniem. Wybiegam z klasy prawie się potykając. Łapię ramię Ashtona i odwracam do siebie.
- Poczekaj, mam prośbę - mówię i wcielam swój plan w życie.
~Harry~
Coś mnie ściska w żołądku, gdy widzę jak po tylne wyjście, gdzie właśnie wypakowują towar, podjeżdża motor z tym gówniarzem i Tonnie za nim. Prosiłem, nie dotarło.
Zaciskam pięści i rzucam arkusz z listą na ziemię. W tym samym momencie, dziewczyna zeskakuje z maszyny i do mnie podbiega. Widzę jej zacięty wyraz twarzy.
- Ty dupku! - krzyczy i uderza piąstkami w mój tors. Przyznam, że jestem zaskoczony jej napadem szału.- Nikt nie dał ci do mnie prawa, a tym bardziej do krzywdzenia innych! Nie zbliżaj się do mnie i do Ashtona - jej drobna dłoń uderza w mój policzek. Mocno mnie popycha. - A teraz pojadę właśnie z nim, daleko od ciebie! I kurwa, nie masz nic do gadania.
Patrzę jak ponownie umiejscawia się na motorze i odjeżdża razem z nim. Zamykam oczy, głęboko oddychając. Ona mnie uderzyła. Ta mała dziwka podniosła na mnie rękę, a teraz pojechała się z nim puszczać. Byłem niewyobrażalnie wściekły. Jeśli myśli, że to co zrobiła nie będzie niosło za sobą żadnych konsekwencji, to się myli. Niech tylko kurwa wróci do domu. Wyleczę ją z tego, aż będzie na kolanach przepraszać.
- Styles - słyszę Louisa. Pokazuje na towar. Warczę i biorę listę. Wracam do pracy w bardzo podłym humorze.
~Antonietta~
Siedzę na fontannie, jedząc watę cukrową. Riley myśli, że poszłam do biblioteki, korzystając z tego że mam skrócone lekcje. Niech żyje w tym błędzie.
Powoli złość zaczyna ze mnie uchodzić. Ładna pogoda poprawia mi nastrój. Cukier rozpuszcza się na moim języku, a ja wzdycham. Nie powinnam, aż tak reagować. Harry jest silniejszy i na pewno nie raz go spotkam. Co może zrobić? Dosłownie wszystko. To było głupie, ale na kimś musiałam wylądować swoją frustracje, a on był wszystkiemu winny.
- Kto to w ogóle jest? - pyta Ash, siedząc tuż obok mnie. On wyskubuje z małej torebeczki orzechy w czekoladzie. Ale je tylko te w białej.
- Wspólnik taty. - wzruszam ramionami. Uważnie obserwuję, jak moje palce sklejają się ze sobą, gdy jednym dotknę drugiego.
- Nie rozumiem - mówi po chwili.
Blondyn przełyka słodycz i odwraca głowę w moją stronę. Na nosie ma czarne Ray Bany.
- Co twój tata ma wspólnego z takim człowiekiem? Dobrze wiem jak znaną ma korporację. Ten Harry to jakaś mafia - stwierdza pewnie. Prawdopodobnie ma rację.
- Ceni go. Nie znam się na interesach Ash.- przyznaję.
- Nie lubię gościa. Trzymaj się od niego z daleka - obejmuje mnie ramieniem i całuje w skroń.
Żeby to było takie proste. - myślę. Blondyn wraca do domu, gdy w końcu przekonuje go, że wrócę sama.
Idę chodnikiem, mijając ludzi wracających z pracy. Rzadko sama spaceruję po Londynie. Najczęściej wszędzie wozi mnie Riley lub tata. Chce, żebym była bezpieczna. Rozumiem to, dlatego teraz wykorzystuję możliwość samotnego spaceru. Wraz z każdym moim krokiem, na niebie robi się coraz ciemniej. Pierwsze krople deszczu czuję tuż przed ostatnim zakrętem w odpowiednią ulicę. Przyśpieszam kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w ciepłym domu. Przed bramą widzę znaną sylwetkę. Och, nie. Proszę, nie. Nie mam wyjścia. Zbliżam się do furtki, tym samym stając przed wściekłym Harry'm. Nie spodziewałam się, aż takiej reakcji, ale po chwili zostaję przyciśnięta do murowanego ogrodzenia. Czuję jak od kręgosłupa po całym moim ciele przechodzą ciarki. Nie czuję kropli deszczu ani podmuchów wiatru. Rejestruję jedynie uścisk mężczyzny.
Łapie mój podbródek w jedną dłoń, uniemożliwiając mi wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa. Zielone oczy są pociemniałe od gniewu. Myślałam, że tak się dzieje tylko w książkach.
- Posłuchaj mnie kurwa uważnie, bo nie będę się powtarzał - cichy warkot wydobywa się z jego gardła. - Nie masz prawa podnosić na mnie głos, a tym bardziej ręki. - próbuję się wyrywać, więc mocniej mnie dociska. - Słuchaj! - upomina. - Nigdy mi się nie przeciwstawiaj, bo się zemszczę i to boleśnie. A z tym kutasem, więcej się nie spotkasz po szkole, ale przerobię mu tę fałszywą buźkę.
Ponawiam próbę uwolnienia się. Wiercę się na wszystkie strony. Dlaczego nikt teraz nie przechodzi? Czy nikt nie słyszy jak krzyczy? Deszcz zagłusza wszystko, nawet moje myśli. Harry trzyma mnie w mocnym uścisku, a ja czuję jak jego palce zostawiają sine ślady na moich ramionach.
- Zrozumiałaś? Teraz jesteś moja kochanie.
W myślach wyklinam go i mu przeczę jednak kiwam głową. Za bardzo się go obawiam, aby znów wszczynać kłótnię. Jestem pewna, że i on jest mnie w stanie uderzyć. Widzę jak klatka bruneta unosi się coraz wolniej. Deszcz spływa po naszych przemoczonych ubraniach.
Poluźnia uścisk i napiera na mnie. Przez chwilę jego usta dotykają moich, ale mężczyzna nie rusza się. Patrzy w moje oczy, uspokajając się.
Dyszę w jego usta. Tak bardzo chce żeby zniknął. Intensywna zieleń wbija się we mnie. Jest tak blisko, czuje jakby zabierał mi oddech.
Zaczyna mnie całować. Najpierw powoli muska ustami moje. Składa delikatny pocałunek na mojej dolnej wardze, którą przygryza. Zamykam mocno oczy. Nie chce tego. Obok kropli deszczu na mojej twarzy zaczynają pojawiać się słone łzy. Dlaczego ja? Czemu muszę to przeżywać? Nie jestem dziwką, nie uwodzę facetów. Nie rozumiem.
Harry widzi moją niechęć i odsuwa się.
- Idź do domu. Masz się przebrać i coś zjeść - nakazuje znacznie łagodniejszym tonem. - Zobaczymy się pojutrze, na bankiecie twojego ojca w firmie.
Podoba mi się perspektywa rozstania z nim, więc natychmiast kiwam głową. Przełykam ślinę, a Harry opuszcza ręce. Odsuwa się, pozwalając mi na jakikolwiek ruch. Naciskam klamkę i pośpiesznie przechodzę przez furtkę. Widzę jak wsiada do auta. Stoję wmurowana w podłogę przy oknie. Dopiero gdy wraca mi myślenie czuje zimno spowodowane całkowitym przemoczeniem.
- Antonietta, dziecko jak ty wyglądasz? - z kuchni wygląda Tessa. Wygląda zabawnie ubrudzona mąką, ale nie umiem się zaśmiać.
- Złapał mnie... deszcz.
- Biegnij się przebrać, przecież zaraz będziesz chora. A potem przyjdź, zjesz kolację.
- Chyba sobie dzisiaj odpuszczę.
- Nie ma mowy. Nie jadłaś obiadu po szkole. Zjesz kolację, a ja dokończę robić placki ziemniaczane. Zaraz wróci tata - ledwo kończy, a mężczyzna całuje mój policzek.
- Cześć mała.
- Cześć - mówię cicho.
- Jak było w szkole? - pyta ściągając marynarkę.
- W porządku. Pójdę się przebrać dobrze?
- Jasne, leć - całuje jeszcze moje czoło i wchodzi do łazienki.
Znikam na górze. W łazience przebieram się w luźną sukienkę.
Rozczesuję mokre włosy, przyglądając się odbiciu w lustrze. Oczy są idealnie takie same jak taty.
Nie czuję się teraz bezpieczna nawet we własnym domu.Wiem, że może tu wejść w każdej chwili. Jestem osaczona.
~~~~*~~~~~~
Hej. Rozdział miał być w sobotę, ale jak wiecie byłam na meczu i bardzo późno wróciłam. Poza tym jest mi strasznie przykro. Wygraliśmy, ale jak patrzyłam jak wyprowadzają Winiara to płakałam. Ten facet jest dla mnie jak idol i będę to tak samo przeżywała jak np. uraz kolana Nialla. 
No ale cóż. Stało się i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Fajnie, że komentujecie. Oby tak dalej, ale naprawdę jedna osoba ( anonim)
nie musi wstawać co chwila komentarzy. Wiem, że zależy Wam na rozdziale. No to oto jest.

środa, 10 września 2014

Rozdział 8

Pozwalam mu się całować, ale nie oddaję pocałunku. W końcu w moich żyłach zaczyna płynąc adrenalina. Odpycham mężczyznę mocno i wyskakuję z łóżka. Widzę Harry'ego. Leży podparty na prawym przed ramieniu, patrząc na mnie z zaciśniętymi ustami. Chyba jest zły. Boże, niech da mi spokój.
Cofam się o krok i trafiam na ścianę. Gdzie są drzwi?! W ciemności nie jestem w stanie nic dostrzec.
- Antonietta, wróć do łóżka - odzywa się twardym głosem. - Wróć, albo sam cię do niego zaciągnę i może boleć.
- Zostaw mnie - mówię piskliwym głosem. Zsuwam się po ścianie i oplatam ramionami swoje kolana. - Dlaczego mi to robisz? Czego ode mnie chcesz? Chcę mieć spokój...
- Nie zostawię cię - podnosi się i stawia powolne kroki.
Nawet bez światła wiem jak jest ubrany. Cały na czarno. Jedyne co się zmieniło to to, że nie ma rękawiczek na rękach. Staje nade mną, górując potężną sylwetką nad moim ciałem. Kulę się jeszcze bardziej.
Brunet kuca i dotyka mojego podbródka. Spokojnie jeździ palcami po moim policzku. Nie patrzę na niego. Wbijam wzrok w podłogę, która kontrastuje z czarnym trampkami Stylesa. Przełykam głośno ślinę, gdy poprawia mi kosmyk włosów.
- To jest chora, nachodzisz mnie i prześladujesz - szepczę.
- Tonnie, posłuchaj - łapie moją twarz w dłonie i zmusza do patrzenia w oczy. - Nie sprzeciwiaj mi się dziewczyno. Tak będzie dla ciebie lepiej.
- Czego chcesz? - pytam nie słuchając go.
- Chcę ciebie. To proste - bierze mnie na ręce i prostuje się.
Przyciska mnie do swojego twardego torsu. Pachnie miętą oraz drogimi perfumami. Dlaczego mimo wszystko wiem, że nie zrobi mi krzywdy? Gdyby chciał, zrobiłby to wcześniej.
Kładzie mnie na łóżku i patrzy na mnie. Biorę głęboki oddech. Niech mi to wyjaśni.
- Posłuchaj skarbie, nie pozwolę aby ktoś inny cię dotknął. Zaczniesz mi ufać. Mamy czas - mówi spokojniej. - Jedna reguła. Musisz słuchać.
- A jeśli ja nie chcę być...z tobą? - tak chyba to miało wyglądać.
- Miałaś słuchać - warczy i podchodzi do okna, które uchyla.
Od razu odczuwam chłód w pokoju. Wchodzę pod kołdrę, okrywając się nią szczelnie. Moje ciało drży. Zwilżam językiem wargę i patrzę na Harry'ego, który spokojnie spaceruje po mojej sypialni. Ubrudzi mi dywan. Dobrze, a dlaczego myślę w takiej chwili o dywanie?
- Idź spać. Porozmawiamy jutro. Odwiozę cię do szkoły - odwraca się w moją stronę.
Jedynie kiwam głową i czekam, aż opuści mój pokój. To właśnie robi. Cicho zamyka za sobą drzwi, a ja ze świstem wypuszczam powietrze z ust. Czyli pierwszy pocałunek mamy za sobą. Do diabła, muszę się wyspać, a rano będę wstanie myśleć o tym co się stało.
~*~
Spięta siedzę na krześle i jem śniadanie. Kolejna łyżka płatków czekoladowych ląduje w mojej buzi, gdy tata prowadzi konwersacje z Harry'm, który jak się okazało został na noc. Kątem oka spoglądam na niego. Z poważnym wyrazem twarzy słucha mojego ojca. Kiwa głową, siedząc naprzeciwko mnie. Ma na sobie białą koszulkę, ciemną marynarkę i czarne rurki z przetartymi kolanami. Zauważyłam to jak siadał do stołu. Wszystko staje mi w gardle, gdy swój wzrok wbija w moją osobę. Posyła mi uśmiech, a potem puszcza oczko. Tata tego nie widzi, bo właśnie sprawdza coś w telefonie. Po chwili odkłada go na stół i rozpina kołnierzyk śnieżnobiałej koszuli. Mężczyzna nigdy nie nosi krawatu. Zawsze ma na sobie czarne garnitury i koszule rozpięte pod szyją. Jednym słowem wygląda seksownie, ale nie mnie to oceniać.
- Harry, o której będzie transport? - pyta chłopaka.
- O czternastej. Zresztą jak odwiozę Antoniette, to wszystkiego przypilnuję w firmie - odpowiada, znów przenosząc wzrok na Iana. 
Czyli Harry nie będzie odbierać mnie ze szkoły. Nie zdąży. Zrobi to Riley. Chyba właśnie mi ulżyło. Moim prześladowcą jest właśnie on. Mężczyzna, który pracuje z moim własnym ojcem. Nie sądzę, aby Harry był aniołkiem. Coś musi kryć pod tą twardą skorupą. Poza tym umie się świetnie włamywać. Jakby tę sztukę wyćwiczył? Pewnie dobrze się na tym zna. Zaczyna mnie przerażać myśl, że może być aż tak bardzo niebezpieczny. 
Zaczynam jeszcze szybciej jeść, chcąc stąd jak najszybciej iść. Odstawiam pustą miskę do zlewu i zabieram plecak.
- Cześć. Pójdę sama - mówię pośpiesznie i zakładam buty.
Opuszczam dom szybkim tempem. Naciskam klamkę od furtki, gdy automatycznie zostaję odwrócona. Uderzam w twardy tors i piszczę z bólu. Zła podnoszę wzrok i napotykam rozpalone zielone tęczówki, w których pali się gniew. Prawdziwy gniew.
- Nie lubię gdy się mnie nie słucha - brunet syczy przez zęby dokładnie dzieląc każde słowo. - Powiedziałem, że cię odwiozę więc to zrobię kochanie - dalej nie zmienia tonu, a ja zapominam języka w buzi. Chyba właśnie mnie przekonał, że lepiej pójść do auta. Tak właśnie robię. 
Harry dołącza do mnie pięć minut później i samochodem Riley'a, wyjeżdża z posesji. Opieram skroń o boczną szybę i wzdycham. Ale się wpakowałam. Nawet nie umiem określić w co. W coś dziwnego, niebezpiecznego, coś czego nigdy bym nie przewidziała.
Patrzę na promienie słońca, przedzierające się przez welon chmur i lekko uśmiecham. Będzie ciepło. Tak bardzo lubię lato. Przez cały rok strasznie tęsknię za tą porą roku.
- Jesteśmy Tonnie - oznajmia Styles, który parkuje przy krawężniku. 
Opuszcza auto i podchodzi do moich drzwi, aby je otworzyć. Zabieram plecak, a później wysiadam.
- Dzięki - mamroczę pod nosem. 
Nachyla się nade mną. Czemu on jest tak cholernie wysoki, a ja tak cholernie niska?! Czuję się jeszcze gorsza. Mam wrażenie, że przez to może zrobić ze mną co tylko będzie chciał. I chyba tak właśnie jest. 
- Miłego dnia skarbie - całuje mnie we włosy i idzie do samochodu.
Wywracam oczami, kierując się do szkoły. Teraz będziemy parą, tak? Ja i on? Niebezpieczny gość, uparł się na niezdarną uczennicę liceum. Przestaję wierzyć w jakąkolwiek logikę myślenia tego faceta.
~Harry~
Przygryzam wargę, patrząc jak znika w budynku. Ta nieśmiała i delikatna dziewczyna zdecydowanie zawróciła mi w głowie. Może nie jestem kochającym i czułym typem mężczyzny, ale nie chcę się nią zabawić. Te wszystkie proste laski już mi się znudziły.
Mam bardzo dobre kontakty z Ian'em. Sprowadzam dla niego lewy towar. Sam się na to zgodził. On ma korzyści i ja, ponieważ dokładnie pilnuję transportu. Nie pozwolę na to, aby nas złapano. Mam za dużo na sumieniu, aby iść do więzienia.
Jedynej rzeczy jakiej nie mam i nie chcę mieć na sercu to Antonietta. Nauczę ją korzystać z życia. Zaufa mi. Na pewno.
Ruszam z pod szkoły i jadę do firmy Ian'a. Parkuję auto Rileya, wchodząc do wielkiego budynku. Telefon w mojej kieszeni wibruje, kiedy przekraczam próg windy.
- Styles - mówię do komórki, wciskając odpowiedni przycisk.
- Już jedziemy - słyszę głos Louisa. On zawsze dobrze wykonuje swoją robotę. Dokładnie, bez zbędnych pytań. Takich ludzi cenię. - Towar wart ponad milion funtów. Myślę, że punktualnie będziemy. Nic się nie zmieniło?
- Nie, wszystko tak jak ustalone. Dowozicie towar, Ian wypłaca pieniądze, przygotowujecie następną transzę - tłumaczę i wysiadam z windy. - Teraz muszę kończyć. Cześć - rzucam do telefonu, a później chowam go do spodni.
Tym razem przywieziemy części do samochodów, które użyje w produkcji. Firma Ian'a to wielka korporacja mająca różne rozgałęzienia. Zajmuje się dosłownie wszystkim. Dla mnie to żyła złota, ale ufam mu, a on mi. Wie co robię i nie wtrąca się do tego, będąc pewny że ja nie sypnę jego. Same korzyści. Do tego teraz mam blisko siebie Tonnie i wizyty w ich domu, nikogo nie będą dziwić.
~~~~~~~~~~~*~~~~~~~~~~~
Ponieważ Was kocham - ORAZ MAM ŚWIETNY HUMOR, BO JADĘ NA MECZ POLSKA = IRAN I SIKAM ZE SZCZĘŚCIA -dodaję kolejny rozdział, ale następny dopiero w sobotę CHYBA ŻE ZASKOCZYCIE MNIE NAPRAWDĘ WIELKĄ LICZBĄ KOMENTARZY  ( wredna ja :D).
Nie chcę szkoły. Nie chcę się uczyć. Rzygam po tygodniu nauki. No ale cóż. Ostatnia klasa gimnazjum. Trzeba się spiąć. Dam radę. Wierzycie we mnie choć trochę słoneczka? :)
Zachęcam do wyrażania szczerych opinii o rozdziale i do zobaczenia :D
~Skyfallgirl

wtorek, 9 września 2014

Rozdział 7

Podpisuję swoją kartkę i wstaję ostrożnie z niewygodnego krzesła. Przechodzę przez korytarzyk między ławkami, a później kładę swoją pracę na biurku nauczyciela - pana Williamsa. Darzyłam go sympatią, ale dzisiaj popsuł mi dzień. Rozpoczął zajęcia od kartkówki z matematyki, na którą w ogóle nie byłam przygotowana. W weekend miałam znacznie ważniejsze sprawy niż powtórzenie materiału. Wyjątkowo to zbagatelizowałam. Zastanawiałam się, co wspólnego może mieć Harry z napadem w kuchni. To niemożliwe, aby to był on. Nie miałby powodu mnie nachodzić i...nie mam argumentów. Przecież sama stwierdziłam, że jego zachowanie było dziwne i nie wyjaśnione. Jego ostatnia wizyta była dla mnie krępująca. Czułam się jakby wiedział coś, co i ja powinnam wiedzieć. W pewien sposób osaczał mnie swoją obecnością. Nie wiem dlaczego, ale może być podejrzany. Gdybym powiedziała to tacie, wyśmiałby mnie albo jeszcze gorzej. Co mogę zrobić? Czekać, aż zagadka sama się rozwiążę. A może dostanę zawału przy kolejnej niespodziewanej wizycie? To nie jest normalne. Nie rozumiem czemu to właśnie ja mam mieć prześladowcę. Chociaż mnie nie skrzywdził, nie może być bezpieczny.
 To mógłby być każdy, ale ten głos zapamiętałam na zawsze i wiem, że gdy usłyszę zachrypnięty szept, będę wiedzieć do kogo on należy.
Posyłam mężczyźnie za biurkiem krzywy uśmiech i wracam na swoje miejsce. Mam nadzieję, że coś tam pamiętałam. Nie chcę zawalić. Warto zbierać dobre oceny, potem ciężko to nadrabiać. Będzie więcej materiału, czyli więcej nauki.
 Tata upierał się, abym została jeszcze w domu, ale nie chciałam się ukrywać. Riley mnie odwiózł, a tutaj nic mi nie groziło. No, prócz oczywiście nachalnych kolegów. Ale to szczegół. Da się wytłumaczyć im, że nie ma kogo tracić czasu. Nie szukam chłopaka. Zresztą dla nich to tylko zabawa. Upokorzyć Tonnie.
Poprawiam się na krześle i lekko odwracam głowę, aby spojrzeć na Ashtona siedzącego w drugim rzędzie z tyłu. Próbuje rozwiązać zadania podane przez nauczyciela, ale mu się to nie udaje i zdenerwowany przygryza wargę. Wygląda nieco lepiej niż w sobotę. Limo stało się bladsze. Dalej czuję się winna całego zajścia. Jednakże wyrzuty stały się nieco mniejsze. Dobrze, że jest z nim lepiej. Nasze spojrzenia krzyżują się. Posyłam mu uśmiech, przygryzając długopis. Ashton również delikatnie się do mnie uśmiecha, ale zaraz potem szybko wraca do pisania kartkówki. Wracam wzrokiem na swoją ławkę i czekam tak do dzwonka. Koniecznie musimy porozmawiać. Ja i Ashton. Jest dużo rzeczy do wyjaśnienia. Nie mogę czekać. Znów brak odpowiedzi będą mnie męczyć.

~*~

Zatrzymuję Ashtona na przerwie po ostatniej lekcji. Łapię ramię chłopaka i ciągnę
w kierunku swojej szafki. Jest zdziwiony i zmieszany. Jestem pewna, że w ogóle nie chce ze mną rozmawiać, lecz ja muszę znać powód tego całego pobicia. To nie był przypadek. O coś musiało chodzić, a on to przede mną ukrywa. Rozumie, że nie chce mnie martwić, ale to nie jest wyjście.
Stajemy nieco dalej niż inni uczniowie. Nikt nie musi przysłuchiwać się naszej rozmowie. To szkoła, ale potrzeba mi trochę prywatności. Inaczej tego nie rozwiążę. Nie będzie chciał ze mną porozmawiać przez telefon. Po prostu nie odbierze.
– Czemu mnie unikasz?  pytam, chowając książki do szafki.  Cały dzień, gdy tylko szłam w twoją stronę, uciekałeś. To było dziecinne, Ash. Nie mamy pięciu lat. Przepraszam jeśli coś zrobiłam. Nie randkuję, ani nie spotykam się z nikim, więc mogę...  przerywa mój słowotok.
– Nie chodzi o ciebie. Po prostu mam trzymać się z daleka od ciebie i dla swojego zdrowia to robię, dobrze? Bardzo cię lubię, ale spróbuj mnie zrozumieć  prosi.
– Ale właśnie nie rozumiem. Powiedz mi  domagam się wyjaśnień.
Patrzę na chłopaka, stojącego przede mną i nie umiem uwierzyć w jego słowa. Jak ktoś może mu zabraniać spotykania się ze mną i dlaczego?
– Przestań. Po prostu nie chcę, żeby coś mi się stało. No i tobie też. Odpuść – wzdycha.
–  I dlatego masz mnie w nosie? Zastanów się jeszcze… – staję na palcach i całuję go w policzek. - Wydaje mi się, że mogłeś wymyślić lepszą wymówkę...  mówię po chwili.
Ashton patrzy na mnie zaskoczony.
– Boże, dziewczyno ma mnie zabić, abyś uwierzyła? Muszę iść. Cześć  omija mnie i wychodzi ze szkoły.
Zabić? Kto, przepraszam, miałby go zabić i to z mojego powodu? Wciąż nie wiem kto go pobił. Myślę, że o nim mówił. Wcześniej zwierzał się, że to jego kolega. Nic nie ma sensu. Nic nie potrafię ułożyć w logiczną całość, chociaż porozrzucane elementy mam pod nosem. Reżyser mojego życia zaczął pisać kryminał.
Potrzebuję świeżego powietrza, bo za chwilę moja głowa eksploduje. Zabieram plecak i opuszczam budynek. Chłodny wiatr muska moją twarz i ramiona, przez co przechodzą mnie dreszcze. Nie zdążyłam ubrać bluzy. Od razu szukam wzrokiem Rileya. Zerkam też nerwowo na mercedesa, który ponownie zajmuje swoje stałe miejsce. Cudownie. Pytam jeszcze raz: co się dzieje?
Szybkim krokiem idę do auta, w którym czeka mój kierowca. Jestem tak wściekła, że nie umiem tego opisać. Jeśli ktoś znajdzie odpowiedź na moje pytania, dam mu gwiazdkę
z nieba. Z samochodu wysiada mężczyzna i nie jest nim Riley. Zszokowana patrzę na Harry, który podchodzi do mnie, aby otworzyć drzwiczki.
– Dzień dobry, Tonnie. Riley ma wizytę u lekarza. Przyjechałem po ciebie. Wsiadaj, piękna – mówi, uśmiechając się szelmowsko.
Piękna? Chwila. Przystopujmy.
Mrugam i nagle złość wyparowuje. Chciałam komuś wykrzyczeć w twarz wszystko to co nie daje mi spać po nocach, ale teraz mam w głowie pustkę.
– Tak? – pytam bez tchu. – Dobrze... dziękuję  jak otumaniona zajmuję miejsce
w aucie.
Mężczyzna zajmuje miejsce kierowcy i rusza. Nazwał mnie Tonnie. Nikt tak do mnie nie mówił. Ciepło rozlewa się po moim ciele. A przecież się go boję... Może się mylę i wcale nie jest zły? Bo czemu ma być? Okej, mam parę argumentów. Lepiej będzie jeśli przestanę o tym myśleć. Harry był uprzejmy, to prawda, ale też… dziwny. Jest w nim coś co wzbudza dreszcze, ale chyba nie powinnam tak się nastawiać. 
 Zapinam pas, przyglądając się jego profilowi. Jest skupiony na drodze, a ja mogę podziwiać jego przystojną twarz.
– O czym myślisz? – pyta patrząc na mnie w lusterku.
– O tym czy masz żonę – wypalam. Jeśli to możliwe to moje policzki pokrywa kolor szkarłatny.
Harry zaczyna się śmiać, a jego głos rozchodzi się po aucie.
– Nie mam żony, Tonnie – mruga do mnie i wyprzedza czarne volvo.
O matko, zbłaźniłam się. Jak zwykle nie umiem trzymać języka za zębami kiedy trzeba.
– Dlaczego? – ciekawość wygrywa.
– Widocznie nie trafiłem na odpowiednią kobietę. Nie miałem takiej, z którą wiązałbym swoje życie, przyszłość. Której ofiarowałbym miłość. Myślę, że jeszcze mam trochę czasu – mówi po krótkim namyślnie. – A czemu pytasz?
– Obstawiałabym, że kogoś masz  – wzruszam ramionami.
Mruży zielone oczy i uśmiecha się, co widzę w lusterku.
 – No cóż. Teraz wiesz. Nie mam. Jestem singlem – zapewnia mnie Harry.
Kiwam głową i wracam wzrokiem na jezdnię.
Pocieram dłonią uda i czekam, aż dojedziemy do domu. Jest chłodno, ale co mogę poradzić na to, że do szkoły trzeba przychodzić w mundurku. Składa on się ze spódniczki, białej koszuli bez rękawów i bordowego sweterka. Pozwalają nam przychodzić w spodniach, ale lepiej, aby dziewczyny przestrzegały typowego ubrania. Szkoła jest stara, więc ma zasady. Jednakże nauczyciele nie ganiają za nami i nie wlepiają uwag czy ostrzeżeń.
Harry parkuje w garażu i przepuszcza mnie w drzwiach do domu. Wchodzę czując jego wzrok na sobie. Mam ochotę odwrócić się i zapytać czego chce, ale brakuje mi odwagi.
Po prostu idę do kuchni, gdzie czeka ciepły obiad, a Harry znika w biurze mojego ojca.
Siadam do stołu. Naprawdę jestem głodna. Tessa przygotowała placki po węgiersku. Oryginalnie. Korzysta z przepisów na danie nie tylko angielskie, czym urozmaica naszą kuchnię.
            Po posiłku idę na górę, nie mając ochoty na żadne rozmowy. Sprawa z Ashtonem dalej jest niewyjaśniona. Świetnie. Tak naprawdę nic dzisiaj nie załatwiłam, chociaż planowałam.
Odkładam plecak na podłogę obok biurka i siadam na krześle. Zawsze najpierw zabieram się za lekcje i naukę, aby potem mieć wieczór dla siebie. Zdecydowanie wolę go spędzać z lekturą, a nie stosem podręczników rozrzuconych na łóżku.
Teraz całkowicie skupiam uwagę na matematyce. Świat liczb pochłania mnie na dobre dwie godziny. Zamykam właśnie zeszyt, gdy słyszę pukanie do drzwi.
– Proszę – schylam się i chowam zeszyty do torby.
– Zostałem oddelegowany, aby przynieść panience deser – mówi osoba o zachrypniętym głosie, stojąca w progu pokoju.
Prostuję się szybko i odwracam w kierunku mężczyzny. Nerwowo przełykam ślinę. Czy on musi pojawiać się nawet w mojej sypialni?
– Wystarczyłoby mnie zawołać. Zeszłabym – mruczę niewyraźnie, ale chyba to słyszy.
Styles wzrusza ramionami i podchodzi do biurka, niosąc pucharek
z czekoladowymi lodami.
– Dziękuję – mówię wyciągając rękę po naczynie.
Podaje mi deser i opiera się o mebel, oblizując dolną wargę językiem.
– Dużo nauki? – pyta, biorąc do rąk podręcznik od biologii, który leży tutaj od paru dni.
– Nie jest lekko.
– Przeszedłem przez to. Współczuję – kartkuje strony, a potem odkłada książkę.  –  No dobrze. Nie przeszkadzam ci, mała. Pójdę już, do zobaczenia - brunet pochyla się i sięga po moją dłoń, którą całuje.
– Pa – uśmiecham się delikatnie.
Puszcza mi oczko i odpycha się od biurka. Opuszcza pokój, zamykając za sobą drzwi. Wzdycham cicho. Naprawdę nie ma co się przejmować. Harry nie jest groźny. Biorę łyżeczkę i zaczynam jeść. Najwyżej spalę to na WFie, próbując przy tym nie stracić życia.

~*~

Kładę się do łóżka i gaszę lampkę na szafce. Poprawiam miękką poduszkę, w którą wtulam policzek. Myślę, że zaraz odpłynę, zmęczona całym dniem. Właśnie, jedyne o czym myślę to głęboki sen.
Praktycznie już zasypiam, gdy czuję silne ramię obejmujące moją talię. Otwieram szeroko oczy przestając oddychać.  To zdecydowanie nie są perfumy mojego ojca. Zresztą tata nie przyszedłby w noc, aby mnie przytulić. Kurczowo zaciskam palce na pościeli. Boję się odwrócić. Osoba za mną mi na to nie pozwala. Nie mogę wykonać żadnego ruchu. Chcę krzyknąć, ale tak jak ostatnio, głos grzęźnie mi w gardle. Nie dość że jestem unieruchomiona to teraz jeszcze wie że nie śpię. Może zrobić wszystko. Może mnie zgwałcić, zabić, nastraszyć. W tym momencie żałuję, że nie powiedziałam tacie.
– Śpij, maleńka Jesteś bezpieczna – ciepłe powietrze z ust mężczyzny za mną, owiewa moją szyję.
Zamykam mocno powieki i czuję jak zaczynam się dusić. Atak paniki. Znów. W głowie gonitwa myśli. Kto to jest?
–  Czego chcesz? - pytam szeptem. –   Kim jesteś?  – zadaję kolejne pytanie.
Czekam na odpowiedź. Dlaczego znowu tu przyszedł? Z bezsilności zaczynam płakać.
 Zimne palce dotykają mojego brzucha pod koszulką. Przechodzi mnie dreszcz. Zaciskam mocno oczy. Łapię urywany oddech. Czuję się bezsilna.
Zaczynam się ruszać. Próbuję chociaż go kopnąć. Łokciem trafiam w jego żebra. Słyszę jak syczy przez zęby. Szarpię się z nim. Nie pozwolę mu… Właśnie? Na co? To nie jest ważne! Nie mam jak się bronić.
–  Bardzo chcesz wiedzieć? – warczy i przesuwa dłoń na moje biodro, skutecznie mnie uruchamiając. – Uspokój się, bo żadna z osób na dole nie może ci pomóc. Z prostej przyczyny. Ten dom jest zbyt duży, a twój pokój za bardzo oddalony, aby przez sen dotarł do nich twój stłumiony krzyk. Chcesz próbować dalej?
Kręcę głową, chcąc się bardziej skulić. Mam wrażenie, że jeśli nie krzyknę, on mi nic nie zrobi. Będzie groził i wyjdzie. A kiedy wyjdzie powiem tacie. Obiecuję, zrobię to.
–  Powiedz mi – piszczę, chaotycznie łapiąc oddech. Mój żołądek zwija się w supeł.
Próbuję się odwrócić. Pozwala mi na to, a potem gwałtownie jego usta napierają na mnie tak, że nie jestem w stanie powiedzieć kto mnie całuje. Ale wargi oprawcy są miękkie i czule składając pocałunki na moich.

Kładę ręce na jego klatkę i próbuję odepchnąć. Nie daję rady. Jest zbyt silny. Dociska mnie do materaca. Z ust wymyka mi się pisk, który i tak zostaje zagłuszony. Przestaję walczyć. Leżę nieruchomo. Dłonie trzyma na moich biodrach. Mam zamknięte oczy, nie mając odwagi po prostu ich otworzyć. Może to lepiej…